Życie naśladuje, a potem wyprzedza literaturę. Rzeczywistość pokonuje fikcję, a wyobraźnia autora niezdolna jest ogarnąć realne możliwości groteski poliycznej.
REKLAMA
Dwa dni temu zamieściłem w tym miejscu felieton, którego część stanowiła krótka, satyryczna scenka, będąca wykwitem rozbuchanej literackiej wyobraźni autora, przedstawiająca w żartobliwym tonie przybycie czterech PiS-owskich „sędziów”, bezprawnie wybranych i natychmiast w nocy zaprzysiężonych przez Prezydenta Dudę, do budynku Trybunału Konstytucyjnego.
Już po napisaniu tego felietonu, a mianowicie wczoraj, usłyszalem w TokFM relację całkowicie autentyczną, nie bedącą produktem wyobraźni ani dziełem literackim, że ci czterej „sędziowie” byli eskortowani do budynku TK przez funkcjonariuszy BOR.
I tu można by napisać kolejną scenę kabaretową, w stylu Mrożka albo Gałczynskiego, obrazującą jak tajna policja instaluje „sędziów” w Trybunale... Ale po co, skoro wiemy, że już następnego dnia rzeczywistość znów prześcignie taką satyrę, a żartobliwy skecz przekształci się w ponuro-groteskową rzeczywistość.
Czy ktoś np mógł sobie wyobrazić taką oto sytuację, że rząd będzie zwlekał z drukowaniem orzeczenia Trybunału, a Prezydent na tej podstawe będzie udawał, że tego orzeczenia nie ma? Prezydencki rzecznik Marek Magierowski, uprzednio oczywiście całkowicie niezależny dziennikarz, mówi, że Prezydent przeanalizuje orzeczenie dopiero po jego opublikowaniu (o takim jak Magierowski panie zwykły mówić: „Taki miły, taki przystojny i tak pięknie klamie”). Zaś kumple z rządu jak na razie orzeczenia nie drukują. Więc Andrzej Duda nie ma czego analizowac, udajac, ze orzeczenia nie ma.
Ktoś mógłby uznać ten zabieg, w stylu hellerowskiego paragrafu 22, za przemyślny: w istocie jest on parciany i toporny, jak wszystko co obecnie słyszymy z Pałacu Prezydenckiego. Wiadomo teraz, dlaczego to wlaśnie Andrzeja Dudę Prezes Kaczyński namaścił: znając jego deficyty uczciwości i odwagi wiedział, że mu się nie postawi.
Dokładnie z tych samych powodów na ludzi do brudnej roboty w dwóch kluczowych akcjach, zaplanowanych na pierwsze ofensywy po zwycięstwie: przejęcie TK i przejęcie mediów, Kaczyński zatrudnił dwóch skruszonych członków PZPR: Piotrowicza i Czabańskiego. (Nota bene, Piotrowicz bije rekordy bezczelności, dowodząc dziś, że był odważniejszy i bardziej przydatny w walce z komuną niż ówczesna opozycja: Adamie Michniku, wstydź się, było wstapic do PZPR. Piotrowicz też twierdzi, że jako partyjny prokurator pomógł wielu ludziom, choć jak na razie, beneficjenci jego pomocy się nie zglaszają ze swiadectwem).
Kaczyński wiedział dobrze, w jakim kręgu szukać ludzi, którym takie względy jak honor i uczciwość nie staną na przeszkodzie przed realizowaniem woli Prezesa. Dlatego właśnie najmocniejsze wsparcie publicystyczne Kaczyński otrzymuje też od byłych komuchów; Krystyny Grzybowskiej, Marka Krola, Tomasza Domalewskiego, Marcina Wolskiego i Jerzego Targalskiego, a sam zaczyna mowić Cyrankiewiczem („ręka podniesiona na Kościół...” itp).
Tak oto, w 25 lat po Okrągłym Stole, w Polsce naprawdę zapanowal post-komunizm. Rzeczywistość dogoniła i przegoniła wyobraźnię.
