…to co ze mnie za generał? – pytał bohater Fiodora Dostojewskiego. To pytanie, strawestowane, pasuje do Andrzeja Dudy: „Jeśli Konstytucja się nie liczy, to co ze mnie za Prezydent?”

REKLAMA
Odpowiedź: żaden. Bo gdy tak chętnie i łatwo łamie konstytucję, to tym samym łamie podstawy własnej prawowitości. To Konstytucja daje mu legitymację do rządzenia, przesądzając np. o trybie, procedurze i warunkach wyboru, traktowanego jako wiążący. Bez Konstytucji nie ma Prezydenta.
Pozostaje nieszczęsny, bezwolny człowieczek, który dostał, zupełnie nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności, historyczną szansę, i wlaśnie ją już definitywnie zmarnował. Jak pisałem tu wczoraj – nie szansę wielkości, bo tę już w pierwszych dniach i tygodniach swojego urzędowania pogrzebał, ale szansę wydobycia się z tego bagna niekonstytucyjności, w które zaczął brnąć w chwilę po wyborze.
Teraz, cokolwiek nie zrobi, będzie za późno. Oczywiście będą nadal pochlebcy, kostiumy i performanse, czasem będzie zakładał frak a czasem mundur, czasem przypnie sobie do twarzy uśmiech a czasem przyklei marsową minę – ale to wszystko już będzie na niby. Jak napisałem w dzisiejszej GW, już tylko w cudzysłowie.
No ale więcej klasztora niż przeora. Machnijmy zatem ręką na tego nieszczęsnego przeora i zajmijmy się klasztorem – czyli Polską. Trybunał ma szansę przetrwać i unieważnić niekonstytucyjną ustawę. Już rysują się zręby takiej szansy; wśród prawników prawdziwe wrzenie intelektualne. Pomysłów jest wiele - w tym m.in. znakomity pomysł Profesora Andrzeja Zolla, by Trybunał zwrócił się do „zwyczajnego” sądu pracy o wyjaśnienie statusu zawodowego PiS-owskich „sędziów”-mianowancow.
Ale centralne rozwiązanie polega na zrobieniu tego, co pierwszy (zarówno historycznie jak i z nazwy) sędzia amerykańskiego sądu najwyższego musiał zrobić w 1803 roku, gdy przyszło mu stosować ustawę (mało zresztą istotną), którą uznał za niezgodną z Konstytucją. Nie mam wyboru – powiedział; gdy mam przed sobą dwa przepisy ze sobą sprzeczne, muszę zastosować przepis wyższego rzędu, a zignorować ten niższy. Który tym samym traci moc prawną.
Co powiedział to i zrobił – i tak narodziła się na świecie kontrola konstytucyjności ustaw.
Dokładnie to samo musi zrobić dziś TK Andrzeja Rzeplińskiego. A ma ku temu lepsze narzędzia niż przed dwoma stuleciami miał jego amerykański kolega – bo w Konstytucji RP zapisane jest bezpośrednie stosowanie Konstytucji (art.. 8).
A zatem – droga otwarta do unieważnienia skandalicznej, karygodnej ustawy, anihilującej w zamierzeniu orzecznictwo konstytucyjne w Polsce. Trybunał nie może dopuścić do tego, by ustawa zmieniła konstytucję.
A że „Prezydent” ją podpisał? No to podpisał. Pewno jeszcze niejedno podpisze.