Odmowa zajęcia się przez Sejm projektem ustawy o związkach partnerskich jest najgorszym rozwiązaniem z możliwych – gorszym niż głosowanie na “nie” – gdyż jest faktycznie abdykacją z funkcji, do jakiej w demokracji przedstawicielskiej powołany jest parlament. Organ, który stanowić ma forum deliberacji a potem decydowania o sprawach najważniejszych, powiedział: „bez komentarza”.
REKLAMA
Taki jest wydźwięk decyzji sejmowej z 24 lipca, a formalnie podane uzasadnienie przez posłów PO, że zgłoszone projekty mialy wady konstytucyjne, jest absurdalny, bo od tego właśnie jest deliberacja sejmowa, tak na sesjach plenarnych jak i w komisjach, by owe wady (rzekome lub prawdziwe, o czym za chwilę) usuwać. Biedny ten Suweren (czyli my), biedna ta „wola powszechna” (że przywołam Jana Jakuba Rousseau), nie tylko nienarodzona, ale nawet w tym przypadku niepoczęta. Nie dajmy im zamieść tego tematu pod dywan.
W dyskusji o idei związków partnerskich, dwa argumenty najczęściej były przytaczane przeciwko tej instytucji: argument „rodzinny” i argument „konstytucyjny”. Oba marne, korzystające z przywileju bezrefleksyjnej aprobaty i częstego powtarzania.
Argument „rodzinny” mówi, że związki takie są zagrożeniem dla rodziny tradycyjnej – a w wersji radykalnej, drogiej naszym konserwatystom, że są zamachem na rodzinę. (Przyjmuję dla ułatwienia konserwatystom, że mówimy o związkach homoseksualnych, choc przecież związki partnerskie mają służyć też zamieszkującym wspólnie osobom heteroseksualnym, którzy na rodzinę w żaden sposób zamachnac się nie chcą).
Logiczną i nieuchronną implikacją poglądu, że usankcjonowanie prawne związków homoseksualnych może stanowić zagrożenie dla tradycyjnej rodziny jest przeświadczenie, niewypowiedziane ale nieuchronne, że w wyniku takiej regulacji nastąpi erozja małżeństw heteroseksualnych, wynikająca z jakiegoś odpływu tradycyjnych małżonków do związków hetero. Ale to oznaczałoby z kolei, że rodziny tradycyjne trwają głównie dlatego, że malżonkowie nie mają prawnie dostępnych alternatyw.
W ustach konserwatystów, przekonanych o moralnym źle tkwiącym w związkach homo, przeświadczenie, że są one tak atrakcyjne, że mogłyby skaptować do siebie osoby, tkwiące dotychczas w tradycyjnym małżeństwie, jest zdumiewające. No i po prostu bardzo niemądre – bo dla wielu z nas, heteroseksualistów, bycie w związkach hetero nie wynika z braku lepszej alternatywy ale z naszych naturalnych skłonności.
Tak samo – w przypadku homoseksualistów, choć oni natrafiają na opór materii prawnej, co jest oczywistą dyskryminacją.
Drugi argument ma charakter konstytucyjny: przeciwnicy uregulowania związków partnerskich na zasadach podobnych do małżeństwa powołują się na art. 18 Konstytucji RP twierdząc, że wyklucza on możliwość związków partnerskich. No to przeczytajmy starannie, tak po prawniczemu, artykuł 18: „Małżenstwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”.
Zazwyczaj jestem przeciwnikiem pedantycznej egzegezy słów konstytucji, tak jakby to było Pismo, oznajmione nam przez istotę najwyższą, wszechwiedzącą i wszechmogącą. No ale skoro taka płaszczyzna zostala narzucona przez oponentów związków partnerskich, wejdźmy w te grę.
Język przytoczonego artykułu wyraźnie odnosi słowa „związek kobiety i mężczyzny” do małżeństwa – i tylko do małżeństwa. Słowa „rodzina”, „macierzyństwo” i „rodzicielstwo” wymienione są osobno i bez odnośnika do „związku mężczyzny i kobiety”. (Gdyby autorzy Konstytucji chcieli wymóg dwupłciowosci rozciągnąć także na rodzinę, nic prostszego było jak napisać: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny i oparta na tym rodzina…” itp.). A zatem nasza Konstytucja wyklucza explicite wyłącznie małżeństwa jednopłciowe, zaś a contrario (przepraszam za prawniczy żargon, ale z łaciną to ładniej brzmi) dopuszcza jednopłciowość rodziny.
Podkreślam – dopuszcza, a nie nakazuje (ani zakazuje). Na mocy zacytowanego artykułu Konstytucji – jest to pozostawienie decyzji dla uznania ustawodawcy: Konstytucja zostawia tu mu wolną rękę.
Nie oznacza to, rzecz jasna, że na gruncie Konstytucji ustawodawca musi związki partnerskie unormować. Ale oznacza, że Konstytucja nie jest w tym przeszkodą – argumenty za i przeciw muszą być znalezione poza tekstem konstytucyjnym. Cbdo.
Ot, i taka jest wartość dwóch głównych argumentów przeciw związkom partrnerskim. Okazuje się, że głosując przeciw nawet rozważeniu projektow, większość sejmowa abdykowała nie tylko z funkcji ustawodawczej. Abdykowała też z władzy racjonalnego deliberowania o sprawach wspólnych w Rzeczypospolitej, bo przytaczane naprędce argumenty są aż nadto parciane.
