Wybieramy posłów, by w naszym imieniu przygotowywali projekty ustaw, deliberowali nad nimi, a następnie je przyjmowali albo odrzucali – nie po to, bo w ogóle odmawiali zajęcia się nimi. Gdy jednak już jakiś poseł poważnie potraktuje owo powołanie, naraża się momentalnie na ironię, szyderstwo i potępienie, że waży się proponować jakiąś zmianę prawną, najpewniej po to by zabłysnąć w świetle kamer.
REKLAMA
Nie znam szczegółów projektu, zgłoszonego przez posła Artura Dunina (PO), proponującego zmiany kilku ustaw, by wprowadzić pewne rozwiązania dla związków partnerskich. Z tego, co przeczytałem w prasie, wywnioskowałem, że jest to projekt ostrożny – na pewno nie spełniający wszystkich oczekiwań zwolenników globalnego unormowania tego zjawiska, ale chyba w sumie pozytywny, koncentrujący się na kilku, szczegółowych sprawach, stosunkowo mało kontrowersyjnych, takich jak sprawy pochówku, alimentów, informacji w szpitalu itp.
Ale powtarzam – nie znam szczegółów: być może jest to projekt dobry, a być może zły. Jeśli jest zły, to pewno należy go poprawić albo nawet wyrzucić do kosza i postarać się o inny. Nie wiem. Wiem, że skargi Ruchu Palikota, że Dunin „ukradł” im projekt są śmiesze, bo powinno im zależeć na rozwiązaniu problemów, a nie na autorstwie. Ale niniejszy wpis jest w ogóle nie o meritum tego projektu. Jest na zupełnie inny temat.
Oto w Rzeczpospolitej ukazał się następujący komentarz (a właściwie blog na stronie publicystów tej gazety, więc nie wiem, czy był też na papierze), podpisany przez dotychczas nieznanego mi Tomasza Pietrygę, który (komentarz, nie Pietryga) jest na tyle krótki, że zacytuję go w całości:
„Przypadek posła Dunina
Trzeba wyjątkowo dużej odwagi, aby w pojedynkę podjąć się próby zrewolucjonizowania całego polskiego systemu prawnego. Śmiałków jednak nie brakuje.
Trzeba wyjątkowo dużej odwagi, aby w pojedynkę podjąć się próby zrewolucjonizowania całego polskiego systemu prawnego. Śmiałków jednak nie brakuje.
Próbę taką podjął właśnie poseł Platformy Obywatelskiej Artur Dunin, autor potężnego projektu ustawy o związkach partnerskich. Poseł ów zamierza jednym posunięciem zreformować najbardziej stabilne segmenty polskiego prawa (rodzinne i małżeńskie) wprowadzając zmiany w pięciu kodeksach i ponad 50 ustawach! Wszystko po to, aby zagwarantować związkom partnerskim lepszy byt.
Abstrahując od spraw światopoglądowych, sensowności i potrzeby wprowadzania takich zmian, można byłoby nad akcją posła z politowaniem pokiwać głową albo ją przemilczeć. Bo, ot młody, drugoliniowy poseł chce zabłysnąć, a w sezonie ogórkowym dostać się w światło kamer jakoś łatwiej.
Ale sprawy przemilczeć się nie da. Zwłaszcza gdy okazuje się, że przygotowana przez posła rewolucja w polskim prawie właśnie zyskała poparcie prezydium Klubu PO i najpewniej trafi na ścieżkę legislacyjną. – Mam nadzieję, że ustawa będzie szybko procedowania i wejdzie w życie – chwali się na swojej stronie internetowej parlamentarzysta.
Oj, panie pośle, szybkość jest tu wskazana, wtedy człowiek nie musi się zastanawiać nad szczegółami, a w nich przecież tkwi diabeł.
Kiedyś wielkie zmiany przygotowywały komisje kodyfikacyjne złożone z wybitnych ekspertów, które długimi miesiącami, a nawet latami przygotowywały reformy. Proces był żmudny, mało efektowny, ale przynosił spodziewany efekt.
Dzieło posła Dunina i jego łatwa akceptacja przez kolegów z partii rządzącej pokazuje, że z procesem legislacyjnym dzieje się coś niedobrego. Bo jak się okazuje, każdy może zapoczątkować najpoważniejszą nawet reformę, dotykającą wydawałoby się nietykalnych, bo najbardziej stabilnych segmentów prawa.
Ale odważnych nie brakuje, bo efekt finalny wcale nie jest taki ważny. Liczy się ten medialny.”
Kiedyś wielkie zmiany przygotowywały komisje kodyfikacyjne złożone z wybitnych ekspertów, które długimi miesiącami, a nawet latami przygotowywały reformy. Proces był żmudny, mało efektowny, ale przynosił spodziewany efekt.
Dzieło posła Dunina i jego łatwa akceptacja przez kolegów z partii rządzącej pokazuje, że z procesem legislacyjnym dzieje się coś niedobrego. Bo jak się okazuje, każdy może zapoczątkować najpoważniejszą nawet reformę, dotykającą wydawałoby się nietykalnych, bo najbardziej stabilnych segmentów prawa.
Ale odważnych nie brakuje, bo efekt finalny wcale nie jest taki ważny. Liczy się ten medialny.”
Pomijam nieporadność językową. Z tekstu tego wynika niechybnie, że publicysta Rzeczpospolitej ma następujace opinie:
1. Wprowadzenie kilku zmian do rozmaitych ustaw, mających na celu unormowanie kilku uprawnień dla związkow partnerskich, „zrewolucjonizuje” polski system prawny.
2. Pewne działy prawa, na przykład prawo rodzinne, są „nietykalne” bo „najbardziej stabilne”.
3. Byle poseł, zwłaszcza „drugoliniowy”, nie powinien zabierać się za próbę zmiany prawa. To należy co najwyżej do posłów „pierwszoliniowych” (czyli partyjnych bossow).
4. Próba „zagwarantowania związkom partnerskim „lepszego bytu” jest na tyle trywialna, że nie uzasadnia zmiany prawa, a nawet wręcz przeciwnie – zasługuje na ironię.
1. Wprowadzenie kilku zmian do rozmaitych ustaw, mających na celu unormowanie kilku uprawnień dla związkow partnerskich, „zrewolucjonizuje” polski system prawny.
2. Pewne działy prawa, na przykład prawo rodzinne, są „nietykalne” bo „najbardziej stabilne”.
3. Byle poseł, zwłaszcza „drugoliniowy”, nie powinien zabierać się za próbę zmiany prawa. To należy co najwyżej do posłów „pierwszoliniowych” (czyli partyjnych bossow).
4. Próba „zagwarantowania związkom partnerskim „lepszego bytu” jest na tyle trywialna, że nie uzasadnia zmiany prawa, a nawet wręcz przeciwnie – zasługuje na ironię.
Wszystko to są oczywiście straszne bzdury, ale już nie chce mi się dalej znęcać nad dziennikarzem Rzepy. Jeśli to w ogóle robię, to by zwrócić uwage na bzdurę nr 3, bo tu akurat sprawa jest bardzo poważna i wykracza poza kwestię związków partnerskich czy jakąkolwiek inną konkretną sprawę.
Wybieramy posłów, by w naszym imieniu przygotowywali projekty ustaw, deliberowali nad nimi, a następnie je przyjmowali albo odrzucali – nie po to, bo w ogóle odmawiali zajęcia się nimi. Sam fakt zgłoszenia propozycji nie jest przecież równoznaczny z jej przyjęciem. Gdy jednak już jakiś poseł poważnie potraktuje owo powołanie, naraża się momentalnie na ironię, szyderstwo i potępienie, że waży się proponować jakąś zmianę prawną, najpewniej po to by zabłysnąć w świetle kamer. A jego działanie nazwane zostaje protekcjonalnie „Przypadkiem posła [tu nazwisko]”.
Jak w takim razie nazwać przypadek, a może przypadłość, redaktora Pietrygi?
