Czy można szanować prawo, które chce nas chronić przed nami samymi; które stawia się w pozycji dobrego acz groźnego wujaszka, który wie lepiej, co dla nas dobre i uwziął się, by nas uszczęśliwiać na siłę?

REKLAMA
Na początek: deklaracja osobista. Kwestia narkotyków nigdy mnie specjalnie nie „kręciła”. Nigdy nie podzielałem oburzenia krytyków delegalizacji, dla których był to główny problem społeczny – tak samo jak nigdy nie podniecałem się argumentami skrajnych libertarianów o grozie nakazu zapinania pasów bezpieczeństwa. Nadal nie uważam, by w hierarchii problemów, stanowiących przedmiot zaniepokojenia liberałów w Polsce, zagadnienie zakazu narkotyków powinno zajmować jakieś specjalnie ważne miejsce.
Dlatego na ostatnie spory wobec – groteskowych, przyznajmy, wydarzeń, związanych z możliwością ukaranie znanej piosenkarki a także z poselskim „donosem” na współuczestnika dyskusji telewizyjnej – spoglądam nie z perspektywy człowieka, walczącego o ważną dla niego sprawę, ale raczej obywatela, który chciałby, by jego prawo było maksymalnie racjonalne, liberalne i respektowane. Zarówno w sensie – szacunku przez wzgląd na jego sensowność, jak i w sensie przestrzegania.
Czy można szanować prawo, które chce nas chronić przed nami samymi; które stawia się w pozycji dobrego acz groźnego wujaszka, który wie lepiej, co dla nas dobre i uwziął się, by nas uszczęśliwiać na siłę? I nie mówię o ochronie np. przed mylącymi reklamami i nieuczciwymi przedsiębiorcami (sprawa Amber Gold), ale przed naszymi własnymi, przemyslanymi wyborami, nawet jeśli ktoś uzna je za bardzo niemądre?
Proszę zwrócić uwagę, że pytanie moje nie brzmi, czy ktoś, kto naruszył prawo, powinien za to odpowiadać. To pytanie zupełnie inne, a ma ono związek np. z pojęciem “nieposłuszeństwa obywatelskiego”, a także uzasadnień I granic obowiązku przestrzegania prawa, nawet nierozsądnego lub niesprawiedliwego. Dziś nie o tym.
Pragnę zadać pytanie, Czy prawo powinno zakazywać dorosłym, wolnym obywatelom czynienia czegoś, o czym wiemy, że jest dla nich (i dla wszystkich innych, którzy chcą ich naśladować) szkodliwe, ale w trakcie robienia tego, nie szkodzą oni innym ludziom – wyłącznie sobie. (Przy tym zastrzeżenie: bardzo niewiele wiem na temat narkotyków, nie wiem czy sensowne jest rozróżnienie na „miękkie” i „twarde”, a także czy pierwsze prowadzą nieuchronnie do drugich. Polecam jednak bardzo dobry artykuł na temat oceny zakazów narkotyków, m.in. w Polsce: http://www.narkomania.org.pl/czytelnia/9 )
Jest to pytanie o tzw. „przestępstwa bez ofiar” („victimless crimes”) – jeśli przyjmiemy, że nikt nie może być „ofiarą” własnego, swobodnego działania. (Opiera się to na łacińskiej maksymie „Volenti non fit iniuria” – czyli chcącemu nie może dziać się krzywda). Jakie argumenty, respektujące generalnie wolność jednostki, można przytoczyć dla uzasadnienia takiego zakazu?
1. „Ludzie, sięgający po narkotyki, krzywdzą nie tylko siebie, ale i innych” – No dobrze, ale na czym to szkodzenie osób trzecim miałoby polegać, jeśli ktoś zatruwa się narkotykami w prywatności swego domu, wywiązuje się przykładnie z obowiązków wobec najbliższych – typu np. obowiązek alimentacyjny itp., nie namawia do tego procederu osób trzecich, nie daje tego do naśladowania młodzieży itp. Za te wszystkie działania można by utworzyć kategorie specjalnych przestępstw – ale za samo zażywanie kokainy przez osobę dorosłą? Chyba nie.
2. Ludzie, zażywający narkotyki, szkodzą sobie w sposób dużo bardziej dramatyczny i nieodwracalny, niż alkoholicy czy palacze papierosów. – No dobrze, ale gdzie ustawić granicę, między prawnym zakazem samo-szkodzenia w przypadkach mniej drastycznych (jedzenie tłustej wieprzowiny lub czytanie „Faktu” też może być szkodliwe), a w przypadkach, gdzie – jako społeczeństwo – mówimy: nie pozwolimy nikomu tak się krzywdzić? Jest wiele działań i stylów życia ryzykownych lub wręcz zabójczych, na dłuższą metę, ale „na dłuższą metę” wszyscy i tak umrzemy. Czy do tego czasu nie mamy prawa sami sobie ustanawiać stopnia ryzyka czy nawet szkodliwości, dla własnego, nieuchronnie krótkiego (i zdaje się, jedynego jakie mamy) życia?
3. „Ludzie, zażywający narkotyki, dają zły przykład innym, w tym także młodzieży”. – No dobrze, ale logika tego argumentu prowadzi do zakazu jakichkolwiek działań niemoralnych, czy samo-szkodzących, bo przecież ktoś może się złych rzeczy nauczyć. Młodzież należy chronić przed rozmaitymi rzeczami, ale niekoniecznie przez ograniczenie wolności dorosłych do robienia rzeczy, które innym nie szkodzą. Ten argument jest sprzeczny nawet z minimalnym poszanowaniem ludzkiej godności.
Jak widać, żaden z wymienionych argumentów, nie jest specjalnie mocny, co nie znaczy, że w żadnym nie kryje się jakiś cień racjonalności. No ale trzy kiepskie argumenty nie składają się na jeden dobry.
Więc zamiast pajacować z obywatelskimi donosami i policyjną akcją w studio telewizyjnym – podyskutujmy o racjonalności karania.