Dla Polski lepiej będzie jeśli zaporą dla PiS-u będzie Platforma nieco chudsza, ale bardziej określona programowo, bez „kompromisów” lewicowo-prawicowych lecz z wyraźnym liberalnym programem.
REKLAMA
Anielska cierpliwość Premiera Tuska względem konserwatywnej frakcji PO – opowiadającej się przeciwko ratyfikacji konwencji przeciw przemocy, za restrykcyjnym podejściem do ‘in vitro” i ostatnio za dalszym zaostrzeniem reżimu anty-aborcyjnego w Polsce – powinna mieć chyba jakieś granice – i im prędzej Premier je określi, tym lepiej. Tymczasem bowiem wiarygodność partii, która chce mieć dla każdego coś miłego, a spajać ją ma jedynie obawa przed powrotem PiS-u do władzy, ulega szybkiej i katastrofalnej erozji.
Nie cieszy mnie to. Pisałem niedawno w tym miejscu, że Platforma jest obecnie jedyną siłą, mogacą zapobiec temu, co w moim przekonaniu byłoby dla Polski katastrofą – a mianowicie powrotem Kaczyńskiego do władzy. Ale nie może to być osiągane za wszelką cenę – i niekoniecznie przez Platformę działajacą samodzielnie. Już dziś przecież Platforma, by rządzić, musi być w koalicji z PSL. Niewykluczone, że dla Polski lepiej będzie jeśli zaporą dla PiS-u będzie Platforma nieco chudsza, ale bardziej określona programowo, bez absurdalnych „kompromisów” lewicowo-prawicowych lecz z wyraźnym liberalnym programem. Która będzie zmuszona szukać koalicyjnych porozumień także z partiami nieco mniej oportunistycznymi niż PSL. Koalicja PO (liberalnej a nie eklektycznej ad absurdum) z SLD, Ruchem Palikota, czy choćby PJN (jeśli ten ostatni ruch utrzyma się i wejdzie do parlamentu) plus PSL, będzie czymś równie zdolnym uchronić Polskę przed autorytarnymi i irracjonalnymi rządami smoleńskiego PiS jak obecna Platforma Jedności Narodowej – ale bez utraty wiarygodności, którą obecnie obserwujemy.
Przed laty, Jarosław Gowin napisał: „Zwolennicy ustawy [łagodzącej obecną ustawę anty-aborcyjną] powinni pamiętać, że tam, gdzie stawką są rzeczy uważane przez niektórych za święte (czy za posiadające absolutną wartość moralną), tam przestrzeń kompromisu jest niewielka. Z punktu widzenia przeciwników legalności aborcji możliwość kompromisu wydaje się w Polsce wyczerpana” („Kościół w czasach wolności 1989-1999”, Znak 1999). Co niezależny intelektualista Jarosław Gowin pisał, to minister Jarosław Gowin czyni. Na swój sposób – i nie jest to wyłącznie figura retoryczna – należny mu jest szacunek za tę upartą konsekwencję w realizacji programu światopoglądowego, który nad demokrację i kompromis stawia wierność „rzeczom świętym”, tak jak on je interpretuje.
Ale partia, która składa się z frakcji wyznającej taką właśnie ideologię a po drugiej stronie – z frakcji prawdziwie liberalnej, nie może być na dłuższą metę wiarygodna. Historia zna przypadki partii hegemonistycznych – np. do niedawna w Meksyku czy w Indiach – które stanowiły ponad-ideologiczne platformy rządzenia, z formalną opozycją lokujacą się na dalekich marginesach, bez szans na objęcie wladzy. Nie jest to dobre dla demokracji - bo prawdziwa debata i wykuwanie nieuchronnych kompromisów nie toczy się wtedy między partiami, tak jak to powinno się dziać, ale w kuluarowych wewnątrz-partyjnych konwersacjach, niedostępnych opinii publicznej. Nie jest to też, na dłuższą metę, dobre dla samej partii hegemonistycznej, której grozi przeksztalcenie się w bezideowego molocha scalanego jedynie chęcią trwania przy władzy. I choć – powtórzę się – nie jest to mój wielki kłopot, martwi mnie sytuacja, w której program jedynej partii, mogącej powstrzymać katastrofę polityczną, powoli staje się cienki jak pergamin.
No chyba że rzeczywiście, jak powiedział rozsądny zazwyczaj i sprawny polityk, Grzegorz Schetyna, posłowie Platformy nie wiedzieli co czynią, gdy głosowali przeciw zasadom liberalnym. Ale, jak mówią Anglicy, „come to think of it…”, czyli jeśli dobrze się zastanowic, marna to pociecha…
