Nie karać – bo to tylko rozzuchwali; nie pisać o nich – bo to żaden news. Nie ma powodu, by media stały się pomocnikiem ludzi niezrównoważonych.

REKLAMA
Może ja czegoś nie dotrzegam, ale z rosnącym niedowierzaniem obserwuję dyskusję na temat łobuzerskich słów jakiegoś kiepskiego reżysera-dokumentalisty, który na razie tym tylko zapisał się w publicznej świadomości, że zbluzgał był zmarłego Biskupa. Koledzy i Koleżanki z mediów chyba trochę zwariowali. Dzięki nim, jeśli ktoś chce teraz w Polsce zdobyć sławę – chocby krótkotrwałą i podłej jakości – i chce utrwalić w świadomości zbiorowej swoje nazwisko, nawet gdyby brzmialo „Nicpoń”, wystarczy że powie albo napisze coś najbardziej możliwie durnego, haniebnego i (z punktu widzenia kodeksu karnego) bezprawnego. Ma wtedy zagwarantowane, że na pierwszych stronach poważnych gazet wymieniane będą ich nazwiska, że Premier i ministrowie będą w kółko proszeni o komentarze do ich słów, że toczyć się będą najpoważniejsze w świecie dyskusje: „Karać czy tolerować?" itp.
To jakiś totalny nonsens. Teraz wystarczy prześcignąć Grzegorza Brauna, by stać się jednodniowym celebrytą. On mówił o zabiciu co dziesiątego dziennikarza Wyborczej? To powiedzmy teraz – co drugiego, a potem kolega z baru dalej przelicytuje, mowiąc: „każdego”. Jakiś Nicpoń zaproponował referendum w sprawie zabicia premiera? To dodajmy: i prezydenta, tudzież ambasadorów Rosji i Niemiec. I tak dalej.
To, czy Grzegorz Braun albo Adolf Nicpoń są świrami, psycholami, czy raczej małymi cwaniaczkami, liczącymi na sławę Herostratesa – to nie ma najmniejszego znaczenia dla nikogo, poza ich najbliższymi, którzy mogą, acz nie muszą, martwić się o stan ich umysłu. Nie są też w najmniejszym stopniu niebezpieczni, bo ich odwaga wyczerpuje się w gadaniu głupstw i robieniu sobie zdjęć na strzelnicy. Ale to, że prasa (i to nie tylko brukowa) i media informacyjno-publicystyczne w ogóle traktują takie wypowiedzi jako „news”, a następnie najpoważniej w świecie debatują nad tym, co należy zrobić z owymi matołami, nawet wciągając polityków w te deliberacje – jest symptomem, przepraszam szanowne koleżeństwo, jakiegoś zgłupienia naszych mediów.
Wszędzie na świecie są świry lub drobne cwaniaki gotowe powiedzieć cokolwiek, byle tylko ktoś na nich zwrócił uwagę. Ale chyba tylko u nas prasa nadaje takim indywiduom znaczenia, na jakie w żadnej mierze nie zasługują. Byle zero, byle nieudacznik – może teraz dowartościować się i poczuć bojownikiem o Sprawę, a Internet, z nieograniczoną właściwie przestrzenią na szambo, przyniesie im listy z poparciami i może nawet datki na obronę.
A zatem na pytanie: co z takimi Braunami zrobić?, odpowiadam: absolutnie nic. Nie karać – bo to tylko rozzuchwala; wiadomo – kary żadne a sława wielka. Nie pisać o nich – bo to żaden news. Nie ma powodu, by media stały się pomocnikiem ludzi niezrównoważonych albo głęboko niemoralnych.
Ta moja ostatnia sugestia – by nie pisać – ma charakter warunkowy. Można raz na jakiś czas takiego matołka pokazać, ale w rubrykach osobliwości, a nie na stronach politycznych. „Coś z życia” w „Polityce” albo analogiczne działy lub programy radiowo-telewizyjne mogą ich czasami pokazać – tak jak pokazuje się inne dziwactwa albo aberracje, zapokajając naszą perwersyjną ciekawość osobliwości, ale nie w trybie normalnego realizowania funkcji informacyjnej przez media. Bo to żadna informacja – nie większa niż np. to, że ktoś gdzieś przez omyłkę zjadł szczura, albo że Antoni Macierewicz wybiera się do USA w sprawie powołania międzynarodowej komisji śledczej.