Jeśli Berlin nie przyzna pewnych uprawnień mniejszości polskiej w Niemczech, polscy obywatele niemieckiego pochodzenia mają być tych praw pozbawieni. Dałoby to władzom niemieckim prawo decydowania o bardzo wielu Polakach, tu w Polsce.

REKLAMA
Desperacko licząc na głosy nacjonalistycznej kołtunerii, Prezes wpadł na nowy pomysł: prawa mniejszości niemieckiej w Polsce powinny być takie same, jak prawa polskiej mniejszości w Niemczech. Ma być równoważność. Wzajemność. Ekwiwalencja.
To pomysł po pierwsze niekonstytucyjny, po drugie – wywodzący się z anachronicznego myślenia o świecie, po trzecie – paradoksalny, biorąc pod uwagę retorykę patriotyczną PiS-u.
Po pierwsze - jest to niezgodne z Konstytucją. Artykuł 35 mówi: “Rzeczpospolita Polska zapewnia obywatelom polskim należącym do mniejszości narodowych i etnicznych wolność zachowania i rozwoju własnego języka, zachowania obyczajów i tradycji oraz własnej kultury”. Drugi punkt tego samego artykułu mówi o prawach mniejszości narodowych i etnicznych do tworzenia własnych instytucji edukacyjnych, kulturalnych i innych. Ani słowa o zasadzie wzajemności.
Nie tylko tekst Konstytucji o tym milczy – a zatem na to nie pozwala, gdyż nie można wprowadzać niższego poziomu ochrony praw obywatelskich niż przewidziany w konstytucji – ale także komentarze naukowe wyraźnie podkreślają, że ochrona praw mniejszości nie zależy od ochrony praw mniejszości polskiej w innym kraju. Pisze tak np. prof. Piotr Winczorek w swoim autorytatywnym Komentarzu do konstytucji. Prawnik Jarosław Kaczyński proponuje wiec rozwiązanie w sposób oczywisty niezgodne z Konstytucją.
Ale już nawet nie o Konstytucję tu chodzi, ale o to, co taka propozycja mówi o mentalności Prezesa i jego partii.
Oto, ni mniej ni więcej, prawa konstytucyjne części obywateli polskich maja być funkcją jakichś układów, jakiegoś przetargu między rządami. Obywatele polscy - nieważne, że należący do mniejszości narodowej lub etnicznej, to nie zmniejsza ich obywatelstwa ani o jotę – mają być atutem przetargowym w negocjacjach międzyrządowych.
A więc własnością państwa. Nie podmiotem – ale przedmiotem; nie suwerenem ale własnością rządu; nie obywatelami, ale poddanymi. To świat polityczny, który skończył się na zawsze po II wojnie światowej, gdy przyjęto, że prawa człowieka stoją ponad suwerennością państwową. (Mój kolega Jarek Kaczyński z prywatnego seminarium profesora Ehrlicha mógłby to akurat zapamiętać).
Tyle o anachronizmie. A teraz paradoks. PiS najchętniej mówi o swoim patriotyzmie: polskość, suwerenność i niepodległość nie schodzi z PiS-owskich ust. Za cztery dni PiS poprowadzi manifestację w obronę m.in., niepodległości, symbolicznie odwołując się do czasów, gdy PRL była krajem niesuwerennym, podporządkowanym imperialnemu ZSRR.
I oto ta patriotyczna, niepodległościowa, pro-polska partia wychodzi z pomysłem, który uzależni los wielu Polaków od decyzji obcego rządu. Bo przecież jeśli Berlin nie przyzna jakichś tam uprawnień mniejszości polskiej w Niemczech, Polacy niemieckiego pochodzenia mają być tych praw pozbawieni tu, w Polsce.
Tego chce lider, który przyrzeka zakończyć rosyjsko-niemieckie kondominium między Odrą i Bugiem, a – dla paru marnych głosów nacjonalistów, którymi najpewniej gardzi – dałby władzom niemieckim prawo decydowania o bardzo wielu Polakach, tu w Polsce. Czy widzi swoją śmieszność?