Dotychczas szantaż religijny w debacie o uboju był domeną polskich Muzułmanów i religijnych Żydów, którzy upominali się o prawo do szlachtowania zwierząt zgodnie ze swymi nakazami religijnymi i twierdzili zgodnie, że zakaz taki jest działaniem, wymierzonym w ich religię. Ale teraz dołączył do tego głos chrześcijański...

REKLAMA
Dyskusja o uboju rytualnym wystrzeliła dzięki mądremu orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, który zlikwidował skandaliczną aberrację prawną: rozporządzenie ministra rolnictwa, które stało w sprzeczności z ustawą o ochronie zwierząt i – mimo jej jednoznacznego nakazu, że zwierzęta rzeźne można zabijać tylko po ogluszeniu – pozwalało na “ubój rytualny” nakazywany w muzułmańskim hallal i żydowskim koszer.
Ma to wszystko, jak widać, wymiar prawny; ma wymiar religijny, ale ma przede wszystkim – wymiar moralny. Na ile powinniśmy uwzględniać cierpienie zwierząt i starać sie je minimalizować, nawet wbrew tym czy innym nakazom religijnym? Moja odpowiedź – tak bardzo, jak tylko się da.
Niestety, ostatnia polska dyskusja na ten temat została częściowo “porwana” przez dwa ekstremizmy. Z jednej strony – przez religijny fundamentalizm, stawiający religię ponad nakazy państwa, starającego się wcielać w życie zasady uniwersalnej etyki, nakazującej ograniczać cierpienie istot czujących. Z drugiej strony, jak się dowiaduję – przez antysemitów, którzy poczuli dobrą okazję do dokuczania nielubianej przez siebie nacji. (Wrogowie Islamu przy tej okazji chyba się nie ujawnili). Jedną i drugą skrajność należy jak najskrupulatniej odrzucać. Ale podczas gdy, w tej akurat sprawie, to drugie (antysemityzm) jest małym pryszczem (nie tak było w Polsce międzywojennej, kiedy walka z ubojem rytualnym była jednym z ważnych haseł endeckiego antysemityzmu), o tyle to pierwsze (fundamentalizm religijny) podważa podstawy państwa światopoglądowo neutralnego. A właściwie tych resztek, jakie z tego ideału w Polsce jeszcze pozostały.
Na razie szantaż religijny w debacie o uboju był domeną polskich Muzułmanów i religijnych Żydów, którzy upominali się o prawo o do szlachtowania zwierząt zgodnie ze swymi nakazami religijnymi i twierdzili zgodnie, że zakaz taki jest działaniem, wymierzonym w ich religię (mówiono nawet o “walce z religią” pod pretekstem ograniczania cierpień zwierząt). Sprzeciwiałem sie mocno tej retoryce w wypowiedzi w Radio TokFM:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,13077381,Bardziej_dba_sie_o_swinki_morskie_niz_ludzi__Prof_.html
- wywodząc, że w państwie neutralnym religijnie jedyną racjonalną płaszczyzną debaty na ten temat powinno być to, w jaki sposób zminimalizować męczarnię zwierząt. Religia nie może stać ponad państwem; zresztą mogą Państwo sobie to przeczytać albo wysłuchać.
Ale teraz dołączył do tego głos chrześcijański: głos tak kuriozalny, że warto nań zwrócić uwagę. Oto katolicki publicysta Filip Memches ogłosił w Rzeczpospolitej, że:
Zadawanie bólu zwierzęciu z perspektywy chrześcijańskiej jest czymś złym nie dlatego, że powoduje cierpienie żywej istoty, ale z uwagi na grzech, jakiego dopuszcza się człowiek, zadając zwierzęciu ból z premedytacją”.
Na wszelki wypadek, gdyby Państwo przeczytali to pospiesznie, cytuję raz jeszcze:
“Zadawanie bólu zwierzęciu z perspektywy chrześcijańskiej jest czymś złym nie dlatego, że powoduje cierpienie żywej istoty, ale z uwagi na grzech, jakiego dopuszcza się człowiek, zadając zwierzęciu ból z premedytacją”.
Z punktu widzenia zdroworozsądkowego, to zdanie oczywiście nie ma najmniejszego sensu: a niby dlaczego miałby tam być dostrzegalny grzech, jeśli nie z powodu zadawania cierpienia czującej istocie? Grzech jest czymś wysoce nagannym, a fakt naganności musi skądś wypływać. A zatem pierwotne jest potępienie zadawania cierpienia, a wtórne jest uznanie tego za grzech.
Ale zostawmy zdrowy rozsądek i uwierzmy pobożnemu Memchesowi na słowo: dla chrześcijanina, jego zdaniem, cierpienie zwierząt w ogóle się nie liczy: jedyne, co się liczy, to pochylenie się nad człowiekiem, popełniającym grzech. Jest to, nie waham się tego słowa, teza obrzydliwa. Jest to twierdzenie tak podłe i nieczule, że wątpię, by religia oparta na takiej filozofii, miała silne roszczenie do moralnej przewagi nad innymi przekonaniami.
Nie sądzę też, by było zgodne to z głęboko odczuwaną moralnością chrześcijańską, a zamiast teologicznego argumentu niech wystarczą renesansowe obrazy Świętego Franciszka rozmawiającego od wieków w Katedrze w Asyżu z ptaszkami. Albo Swięty Hieronim z wiernym lwem, któremu dobry święty wyjął byl kiedys drzazgę ze stopy, i od tego czasu przypomina nam z obrazu w bazylice Świętej Anuncjaty we Florencji o wspólnocie istot żywych na tej Ziemi. Albo głęboko chrześcijańska w duchu metafora o naszych “braciach mniejszych”. Ale nie będę licytował się na teologiczna poprawność – nie roszczę sobie pretensji do kompetencji w tej mierze. Mam tylko nadzieję, że coraz mniej jest wśród nas takich moralistów jak Memches, dla których ból i cierpienie zwierzęcia nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia, w obliczu religijnych dogmatów.