REKLAMA
Wiele, wiele lat temu, w prehistorii a może jeszcze wcześniej, w czasach tak zamierzchłych, że mój wykładowca szkolenia ogniowego major Czesław Serafin nazwałby je “czasami wstecznymi, daleko idącymi” (bo to było określenie tego militarnego pedagoga na czasy zamierzchłe), na tym samym piętrze firmy, w której pracowałem, pracowała także Krysia. Dobra koleżanka: mila, zabawna i ładna; ani nadzwyczajnie mądra ani specjalnie głupia: dawała się lubić.
A potem, no cóż, jak w przedwojennej piosence, „odszedłem, bom musiał, bo los mnie tak goni, i każe wieść życie Cygana”, ale o Krysi od czasu do czasu dochodziły mnie słuchy – które to słuchy, jak wiadomo, mają do siebie to, że jak już dochodzą, to z odpowiednim komentarzem. I komentarz był taki oto, że Krysia miała pecha, bo w jej zakładzie, jak raz, trafiła na kolegów od siebie mądrzejszych, a w każdym razie takich, którzy szybciej niż ona okazali swą przydatność Rzeczypospolitej, co też zostało odpowiednio w niebiesiech odnotowane. Jeden został sędzią Trybunału Konstytucyjnego – i jak potem czas pokazał, a jak już coś czas pokaże to trudno z nim się kłócić, okazał się być jednym z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszym, sędzią w historii tego wspaniałego polskiego sądu. Drugi został naczelnym pełnomocnikiem rządu premiera Buzka do spraw reformy terytorialnej Polski i wsławił się jako skuteczny i odważny orędownik decentralizacji i demokratyzacji lokalnej (niestety zmarło mu się niedawno). Trzecia kroczyła od sukcesu do sukcesu: została prezeską Narodowego Banku Polskiego, potem jedną z szefów ważnego europejskiego banku w Londynie, a potem popularną prezydent Warszawy, którą zresztą jest do dziś – i bardzo dobrze.
Taka to była instytucja. A Krysia? Coś tam się handryczyła o jakieś seminaria, wykłady, proseminaria – klimaty nieporównywalne ze sferami, w których jej bardziej utalentowani koledzy funkcjonowali. Coraz częściej mówiono o niej ze śmiechem i politowaniem – nieładnie może, no ale to takie już jest środowisko. Zapewne jej było przykro. A potem poniosło ją w inne polityczne strony – i dobrze, bo przecież mamy ten pluralizm. Ale ostatnio, już jako poseł Krystyna, zaczęła nieco wariować: z mównicy sejmowej obrażać ludzi, a gdy podniosły się protesty, histeryzować, że to nagonka na nią; przyjęła styl i rolę przekupki z Kleparza (dlaczego akurat z Kleparza? Nie wiem, ale tak się mówi i to brzmi odpowiednio dosadnie) i przekrzykiwać się na wizji i fonii w sposób sugerujący, że w postać dawnej Krysi wcieliła się jakaś zupełnie inna osoba, pozbawiona stylu, elegancji i – niestety – rozumu. Bo któż rozumny nazwałby bezdzietne pary „jałowymi”, zwracając w ten sposób uwagę opinii publicznej na własny, jałowy w sumie (wedle tej definicji) stan cywilny i prokreacyjny?
Więc na koniec tego osobistego wspomnienia, sięgającego – jako się rzekło – czasów wstecznych, daleko idących, pozwalam sobie na ten apel do posłanki Krystyny Pawłowicz: Krysiu, wróć!