Nie ma symetrii między nimi a nami, liberałami. Oni chcą zabronić krytyki religii, ale my nie domagamy się zakazu krytyki ateizmu lub agnostycyzmu. Dla niewierzącego liberała, istnienie wierzących współ-obywateli nie jest czymś złym, czemu należy przeciwdziałać.
REKLAMA
Jak doniosły media, te dobre, na Jasnej Górze, w czasie Kongresu Katolików pod hasłem „Stop Ateizacji”, powołano Instytut d.s. Przeciwdziałania Ateizacji tudzież wydano stosowny Manifest. Zarówno nazwa nowej instytucji jak i towarzyszące jej powołaniu przemówienia przywódcy PiS i czołowych ideologów tej partii – bardzo wiele mówią o ich sposobie widzenia Polski.
Na czym bowiem, zdaniem inicjatorów tej akcji, polegać ma owa ateizacja, której należy „przeciwdziałać”? Na jakimś sekowaniu Kościoła – pozbawianiu go majątku ruchomego i nieruchomego, utrudnianiu przeprowadzania obrzędów, odsuwaniu od wiernych, wyrzucaniu ze szkół i uczelni, nakładaniu finansowego haraczu, nękaniu księży, usuwaniu symboli religijnych z przestrzeni publicznej, masowej ateistycznej propagandzie, sponsorowanej przez państwo? Rzecz jasna, nic takiego nie mówią, bo nie są aż tak niemądrzy – wiedzą przecież, że jakiekolwiek sugestie tego typu uświadomiłyby opinii publicznej jeszcze dobitniej, że jest dokładnie odwrotnie. Jedynie poseł PiS Andrzej Jaworski, inicjator Kongresu „Stop ateizacji” oświadczył heroicznie, że „Katolicy są w Polsce dyskryminowani”, ale na szczęście dla niego nikt specjalnie na to odkrycie nie zwrócił uwagi, a techniczny kandydat na premiera profesor Gliński uznał wręcz, że ruchy katolickie są najaktywniejszym elementem społeczeństwa obywatelskiego, co byłoby chyba trudne do osiągnięcia, gdyby katolicy byli tak prześladowani.
Jedyny argument – podkreślam, jedyny – jaki pada z ust zwolenników tezy o karygodnej ateizacji, dotyczy strefy dyskursu publicznego: PiS-owi i jego akolitom nie podoba się to, że w obiegu publicznym są treści odmienne od religijnych, a także że dopuszczalna i publicznie wyrażana jest czasem krytyka Kościoła i religii. Jak powiedział Prezes Kaczyński: „Kościół jest w najtrudniejszej sytuacji od czasów komunizmu” a wynikać to ma stąd, że „Mamy dzisiaj do czynienia z najpotężniejszym dotychczas atakiem, przy czym ideologia lewicowa i lewicowe podmioty polityczne zostały radykalnie wzmocnione przez całą sferę liberalną”.
To jest sedno sprawy. „Ateizacja”, której należy „przeciwdziałać”, polega na pluralizmie, dopuszczającym zarówno treści religijne jak i nie-religijne, tudzież anty-religijne w obiegu publicznym. Ideałem państwa jest więc dla zwolenników nowego Instytutu taka Polska, w której dopuszczalny jest jedynie światopogląd religijny, i to na dodatek w jednej jego interpretacji. Swobodna konkurencja rozmaitych światopoglądów i idei, której to konkurencji nieuchronnym elementem jest istnienie w obiegu publicznym także poglądów niereligijnych i anty-religijnych, jest dla PiS-u aberracją i patologią, której należy przeciwdziałać.
Zauważmy, że w tym sensie absolutnie nie ma symetrii między nimi a nami, liberałami, tak wierzącymi jak i niewierzącymi. Oni chcą zabronić krytyki religii, ale my nie domagamy się zakazu krytyki ateizmu lub agnostycyzmu. Dla niewierzącego liberała (nie mówiąc już o wierzącym), istnienie wierzących współ-obywateli nie jest czymś złym, czemu należy przeciwdziałać. Wręcz przeciwnie – jest powodem do zadowolenia, bo pluralizm (także w poglądach na istnienie Istoty Najwyższej) jest źródłem duchowego bogactwa społeczeństwa, a nie powodem do utrapienia. A poza tym – pluralizm jest po prostu faktem, tak jak grawitacja.
Dla twórców i zwolennikow Instytutu Przeciwdziałania Ateizacji, fakt ten dowodzi, że istnieją wród nas ludzie źli. To ludzie nie podzielający jeszcze w pełni wiary i moralności chrzescijańskiej, w jej katolickiej odmianie. Stąd manicheizm, tak obcy nam, liberałom: podział świata na złych i dobrych, przy czym dobrzy mają obowiązek „przeciwdziałać” złym. Jak? No coż, historycznie środki się zmieniają, ale zasada pozostaje ta sama.
Ten twardy podzial na zło i dobro, przekłada się na podział na Polaków prawdziwych (to ci dobrzy, którzy są katolikami) i nieprawdziwych. Najdosadniej wyraził to na Jasnej Górze ulubiony dziennikarz PiS-u, red. Karnowski, który zadekretował, że „polskość i katolicyzm to jeden dzbanek. Nie da się rozdzielić tych dwóch czynników, nie da się powiedzieć, że będzie Polska, a nie będzie katolicyzmu”. W tej perspektywie Polacy niewierzący nie są po prostu „złymi” Polakami, ale tak naprawdę Polakami w ogóle nie są, co najwyżej podszywaja się pod takowych, przeto są tym bardziej groźni.
W przemówieniu red. Karnowskiego, pieknie wpisującym się w manicheizm Prezesa, podział na „zło” i „dobro” został twórczo zastosowany do mediów, które zostały precyzyjnie podzielone na „media wrogie Kościołowi i Polsce” oraz „media dobre”. Cechą mediów „dobrych” (przy czym wymienił tu wcześniej „tygodnik Sieci, Nasz Dziennik, Gazetę Polską Codziennie etc.”) nie jest to, że są dobre w konwencjonalnym sensie, ale że są słuszne czyli prawdziwie katolicko-polskie. To, że media „dobre” wcale nie muszą być naprawdę dobre, zostało zresztą potwierdzone przez red. Karnowskiego bardzo samokrytycznie. Wysunął on mianowicie następujący pomysł wspierania prasy patriotycznej: „trzeba prosić i apelować, by ludzie dobrej woli zobowiązali się do płacenia nieformalnego abonamentu obywatelskiego. Czyli kupujemy dobre media, nawet jak sami nie przeczytamy – dajmy innym” .
Zwracam uwagę na słowa; „nawet jak sami nie przeczytamy”. Uznanie, że owych parcianych gazet nie da się czytać, jest bardzo realistyczne, ale czy pomysł wspierania ich przez kupowanie bez czytania będzie podchwycony? To tak, jakby nawoływać do kupowania butów od szewca, który robi co prawda okropne trepy, ale jest patriotą. I czy to ładnie oddawać te podłe trepy sąsiadowi?
