Gdy okazało się, że kilku dziennikarzy było beneficjentami hojności PiS-u, zaczęli bronić się bardzo brzydko.

REKLAMA
Czytelników przyzwyczajonych do tego, że na niniejszym blogu znajdują rozważania o sprawach monumentalnie ważnych, takich jak np. (ostatnio) ekstremistyczne ruchy nacjonalistyczne albo nowo-powołany Instytut d.s. Przeciwdziałania Grawitacji, ostrzegam, że tym razem będzie o czymś bardzo mało istotnym, w każdym razie na pierwszy rzut oka.
Pani Teresa Bochwic, dziennikarka określająca się jako opozycjonistka, członek zarządu SDP, ostatnio jest znana dzięki oburzeniu, połączonym z groźbą pozwu, spowodowanym ogłoszeniem przez GW, że miała brać pieniądze od PiS-u. Pani Bochwic znalazła się na liście kilku dziennikarzy, obok m.in. Krzysztofa Skowrońskiego czy Stanisława Janeckiego, którzy – jak ustaliła GW – mieli dostawać kasę, czasem mniejszą a czasem większą, od największej partii opozycyjnej w Polsce.
Zanim będę kontynuował, muszę zadeklarować, że pani Bochwic nie znam osobiście, choć w sensie wirtualnym zetknąłem się z nią swojego czasu w Salonie24, gdzie niespecjalnie lubiliśmy się, choć miało to charakter bardziej ludyczny niż polityczny. Właściwie pamiętam jedyną sytuację kolizyjną, a mianowicie taką, że kiedyś żartobliwie przytoczyłem (już nie pamiętam z jakiego powodu) moje pytanie, zadane warszawskiemu taksówkarzowi, jaki jest ruch „na Żwirkach”, w ten sposób cytując pieszczotliwie mój ukochany żargon warszawski, na co w swym komentarzu pani red. Bochwic pouczyła mnie solennie, że mówi się na „Alei Żwirki i Wigury”. Niby nieważne, no ale trochę widać, co to za osoba.
Teraz pani Bochwic zagroziła wytoczeniem pozwu przeciwko dziennikarce GW za naruszenie dóbr osobistych, gdyż od PiS-u żadnych pieniędzy nie wzięła, a tylko PiS zapłacił jej za prawa autorskie do raportu o wolności słowa, jaki przygotowała była w ramach Stowarzyszenia Polska Jest Najważniejsza.
Trzeba wyjątkowego tupetu by taką linię obrony przyjąć i wyjątkowej naiwności by się na to nabrać. Oto grupa osób (pod raportem podpisany jest Zespół pod kierunkiem Teresy Bochwic, ale wymienione są jeszcze inne osoby), w ramach stowarzyszenia, przygotowuje ponoć obiektywny i bezstronny publiczny raport, a potem pewna partia polityczna kupuje do tego prawa autorskie i płaci za nie głównej autorce. Ale po co właściwie kupuje te prawa autorskie, skoro raport, jak chwilka guglania wykazuje, jest dostępny publicznie w Internecie?
http://www.atopolskawlasnie.com/SPJN/komunikaty_SPJN.html
Co z tego PiS ma? Odpowiadam – absolutnie nic. Nie może np. inkasować pieniędzy za rozpowszechnianie tego raportu, gdyż raport jest i tak powszechnie dostępny. Nie może nikomu ograniczyć prawa do np. cytowania lub wykorzystywania w inny sposób tego raportu – z tych samych powodów. Co więcej, sam raport nic nie wspomina o tym, że jest własnością intelektualną PiS-u (nie ma tam wzmianki © PiS ani równoważnej, chyba że została dopisana w ciągu ostatnich paru dni); co więcej – nie ma go na stronach internetowych samego PiS-u (nie udało mi się tam w każdym razie zlokalizować).
Innymi słowy: PiS „kupuje prawa autorskie” od pani Bochwic, po czym dosłownie nic z tego nie ma. Zrzeka się jakichkolwiek fruktów owej „własności”. Czyżby był aż tak hojny, że płaci za rzeczy, których nie potrzebuje ani w żaden sposób nie wykorzystuje, a w każdym razie nie wykorzystuje w sposób typowy dla własności intelektualnej, czyli z wyłączeniem innych?
Pani Bochwic musi mieć wyjątkowo duże szczęście, bo jak z jej dalszych wypowiedzi wynika, zdarza jej się trafiać na swej drodze życia na płatników, którzy są tak hojni, że płacą za rzeczy przez siebie niezamówione, a jak wskazuje przykład PiS-u, niepotrzebne. „Ale co właściwie miałam ujawnić w sprawie pieniędzy i komu? Że różne instytucje czasem płacą mi za jakąś ciężką robotę, nawet jeżeli nie one ją zamawiały?” – napisała niedawno. Zaplata za ciężką robotę już ex post, przez instytucję wcale tej roboty nie zamawiającą, jest pewnym fenomenem w dzisiejszym świecie wilczego rynku, ale jednak taka hojność budzi podejrzenia, że sprawa jest lipna.
I to już jest ta szersza sprawa, wykraczająca poza przypadek pani Bochwic i jej cudownie odsprzedanych praw autorskich. Gdy okazało się, że kilku dziennikarzy było beneficjentami hojności PiS-u, zaczęli bronić się bardzo brzydko. Jeden – że miał chorą córkę, drugi – że potrzebował kapitału bo akurat założył radio, trzecia – że sprzedała partii prawa autorskie za niezamówiony raport. Pewno jest jeszcze paru i pewno każdy ma swoją historyjkę. Nie warto się na nie nabrać. Kto płaci ten wymaga – i wszelkie rzewne zapewnienia o niepokalanej niezależności dziennikarzy, w których PiS ciska pieniędzmi za nic, można włożyć między bajki.
A do samej pani Bochwic, na koniec, mam małą prośbę. Gdy już będzie Pani pozywać dziennikarkę GW za ujawnienie Pani dochodu od PiS-u, bardzo proszę mnie dopisać do listy pozwanych. Jestem prawnikiem, pisałem ostatnio trochę o własności intelektualnej, także w dokumentach sądowych. Chętnie napiszę, choć już w konwencji bardziej prawniczej a zatem nudniejszej niż tutaj, co o takim przemyślnym zabiegu myślę.