No i nadszedł ten najbardziej osobliwy dzień w roku, w którym jest coś takiego, że nawet najhardszym ateistom serca kruszeją, a agnostycy ze wzruszeniem słuchają pewnej opowieści o tym, jak przed ponad dwoma tysiącami lat, w odległym miejscu, spis ludności ogłoszono, no i co potem z tego wynikło.

REKLAMA
Jest to czas, gdy Kościół mógłby rozmaite zabłąkane owieczki pod swoje skrzydła przyjąć i utulić, choćby na chwilę, i prawić im mądrości, ucząc wszystkich dobra. Dlaczego nie u nas?
Jak się dowiaduję, abp Hoser ogłosił swój ideał męskości i powinności męża w rodzinie. Gdy zaprzysięgły celibatariusz rozprawia, jak mąż powinien traktować żonę – już nie to, by jej nie bić, co akurat Kościół powinien powtarzać co chwila, ale by ją „adorować” i utrzymywać, a także gdy członek stanu skażonego, nie da się ukryć, przypadkami mało zacnych zachowań intymnych, rozrzewnia się publicznie nad ideałem szorstkiej męskości i ofukuje mężczyzn za zniewieścienie – to jest to nie tylko nierozważne, ale i w kiepskim guście. Gdy na dodatek ten sam arcybiskup czyni homoseksualizm odpowiedzialnym za upadek męskiej przyjaźni – ocena tyle głupia co żadnymi faktami niepoparta – to ideał Kościoła dobrego i przytulającego, a nie wykluczającego, w Wigilię Bożego Narodzenia jawi się jako coraz bardziej odległy.
Arcybiskup jest tylko jednym głosem – przyznajmy, najsmaczniejszym – na tle jakiegoś zbiorowego zgłupienia, objawiającego się m.in. histerią, dotyczącą tzw. ideologii „gender”. Jak wiadomo, po angielsku „gender” to jest po prostu „płeć” – słowo używane zamiennie ze słowem „sex”, gdyż to drugie ma dwa znaczenia, zarówno płeć jak i ta czynność, o której nasi duchowni pouczają, choć nie praktykują. Nie ma ideologii gender – są najróżniejsze teorie, dotyczące tego, jak różnice biologiczne przekładają się na role i zachowania społeczne, ale sam fakt zadania takiego pytania nie jest oznaką żadnej ideologii, bo nie dyktuje żadnej konkretnej odpowiedzi. Tymczasem Kościół polski upiera się przy odpowiedzi o pełnej biologicznej determinacji, ale zaraz zapętla się w sprzecznościach, gdy podejmuje z kolei problematykę homoseksualizmu, gdzie biologiczna determinacja jest odrzucana – w przeciwnym razie nie można by przecież nakłaniać homoseksualistów do porzucenia ich grzesznych zachowań. Jest to więc oczywista sprzeczność (biologia determinuje w przypadku płci ale już nie w przypadku orientacji seksualnej), z której Kościół najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy – ale od czego jego świeccy pomocnicy? Tymczasem występują oni chętnie w roli poczciwych matołków, ogłaszając, jak czyni to publicysta Piotr Zaremba, że chodzi o to, „żeby nie tłumaczyć małym dzieciom w przedszkolach, że nie jest przesądzone czy są chłopcami czy dziewczynkami”. Dlaczego Kościół ma schodzić na taki najniższy wspólny mianownik myślowego prostactwa – ten sam Kościół, który wydał Karola Wojtyłę, Józefa Tischnera czy Józefa Życińskiego?
No, ale wydał również arcybiskupa Hosera, który wsławił się był przecież sprowadzeniem do Warszawy jakiegoś czarownika z Afryki, który na Stadionie leczył nieszczęśników krzykami „Wyjdż chorobo z trzustki!” (albo podobnie), i oczywiście arcybiskupa Michalika, który właśnie ogłosił, że gotów jest cierpieć za swoje poglądy, ujawniając tym samym prawdziwą zgryzotę niektórych hierarchów, a mianowicie to, że nikt nie ma najmniejszego zamiaru ich prześladować, a już zwłaszcza z powodu głupstw na temat „gender”. Żyjąc w cieniu Kardynała Wyszyńskiego i Kościoła prawdziwie męczeńskiego we wczesnym PRL-u, cierpią katusze z powodu nieprześladowania, każdy przejaw publicznej krytyki traktując jako niebywałą dyskryminację i nagonkę, zupełnie wygodnie przy okazji żyjąc, mając swych świeckich pełnomocników przekładających dogmaty religijne na język prawa karnego, i coraz groźniej wskazując kolejnych wrogów szerokiej publice – która, jak przewiduję, będzie tym coraz bardziej rozbawiona, zdumiona, a wreszcie znudzona.
Czy może być inaczej? Oczywiście, że tak, choć w jakieś nagłe kolektywne zmądrzenie nie wierzę. Ale dobre prądy przychodzące z Watykanu, gdzie przyszedł człowiek ciepły i mądry, pozwalają z umiarkowaną ufnością patrzeć w przyszłość Koscioła instytucjonalnego, bo będzie to dobre dla wszystkich – wierzących, niewierzących i agnostyków. Wszystkim moim Czytelnikom, bez względu na to, do której z tych kategorii należą, życzę szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. A sam, poza wszystkim innym, wiele oczekuję po krótkiej, męskiej rozmowie o północy z moim 4-letnim francuskim buldogiem, w którego oczach już od dłuższego czasu widzę jakąś wielką prawdę (może tę samą, jaką w oczach swego kota dostrzegł Claude Levi-Strauss, o czym tak przejmująco ogłosił pod koniec „Smutku tropików”), którą wreszcie będzie miał szansę mi wyjawić własnymi słowami.