Dotychczas anielski hymn, przez aniołów śpiewany podczas narodzin Jezusa Chrystusa, a od niedawna mający nowy wydźwięk. Właśnie teraz, w końcówce adwentu i w czasie Świąt.

REKLAMA
Dla wielkomiejskich oznacza jedno - kilkudniowy komfort. Bez słoików (w nazewnictwie wielkomiejskich: wsioków). Bez ich conocnych balang w wynajętych obok mieszkaniach. Bez ich służbowych samochodów parkowanych pod blokiem wszędzie, gdzie tylko się da. Bez korków na ulicach. Bo wreszcie wyjechali i szkoda, że na tak krótko.
Dla prowincjuszy odwrotnie proporcjonalnie. Kilkudniowy lans. Szansa na poprawienie swojego ego. Wreszcie możliwość pochwalenia się nowym służbowym autem, nowymi ciuchami i co najważniejsze, dokopania wszystkim z sąsiedztwa. Bo jest się elitą, kimś z lepszego świata. No i kimś, kogo nowe palto zwraca większy zachwyt niż szopka w kościele.
Bajka? Groteska?
Nie!
W naszym polskim grajdole to nadal rzeczywistość.
Niestety!
Ale to się nie wzięło znikąd.
Antagonizmami pomiędzy miastem a wsią karmiła nas literatura i karmi nadal. Nas i nasze dzieci. Od lat tak samo, bez jakichkolwiek ewolucji w postrzeganiu świata i ludzi.
Wciąż podobnie myślimy i wartościujemy, jak nasi pradziadowie.
Czy aż tak wierni twórczości Reymonta czy Wyspiańskiego jesteśmy? Czy jednak nadal zacofani, zakłamani i pruderyjni?
Czy naprawdę niektórym tak wielką radość sprawia nieobecność tych sąsiadów, którzy dwa lub trzy razy w roku odwiedzają swe rodzinne strony? W czym są od nas gorsi i dlaczego są obrzucani najgorszymi epitetami?
Nie umiem znaleźć sensownej odpowiedzi.
Wy umiecie?
Koniec świata nie nastąpił. Jesteśmy i żyjemy! Dlatego zmieńmy postrzeganie wszystkiego, co nas otacza! Bądźmy lepsi i fajniejsi! Polubmy też ten spokój i ciszę, którą dają nam nasi sąsiedzi, gdy ich nie ma. Zapomnijmy wreszcie o istnieniu słoików. Nie śmiejmy się z nich, a gdy wyjadą nie śpiewajmy:
Gloria in excelsis Deo!
Gdy wrócą, zaprośmy ich na kolację, drinka... cokolwiek!
Ja już zapraszam!