Sopot po raz czwarty rozpoczął sezon letni wielką ucztą kulinarną. Na molo stanął wielki stół przy którym zgromadzili się restauratorzy z Kaszub. Bohaterką tegorocznej edycji była kaszubska truskawka, czyli kaszebska malena.

REKLAMA
Molo w Sopocie to symbol wakacji w luksusowym kurorcie. Białe deski wcinające się w morze służą zazwyczaj spacerowiczom z dumą prezentującym swoje letnie kreacje. Co roku przez dwa dni staje się najdłuższym stołem trójmiasta. Pomysłodawcy tego zamieszania, Wojciech Radtke i Kamil Sadkowski, namawiają każdego roku kilkudziesięciu restauratorów na to by wyszli z bezpiecznych kuchni i na oczach widowni przygotowywali swoje popisowe dania. Bilet wstępu na imprezę to każdego roku zestaw sześciu kuponów, z których każdy umożliwia skosztowanie degustacyjnych porcji. A kucharze prześcigali się w pomysłowości przygotowania i serwowania potraw.
Na stołach Slow Fest Sopot tradycyjnie królowały ryby, te pochodzące z Bałtyku, jezior i rzek Kaszub, a czasami też te z bardziej odległych mórz. Nas zachwycił turbot, bellona i tylko pozornie pospolity śledź. Aż dziw, że nasze wybrzeże nie jest usiane knajpkami serwującymi kanapki ze śledziem. My na molo w tym roku taką znaleźliśmy i mamy nadzieję, że to pierwsza jaskółka śledziowego street foodu. Była kuchnia grecka, włoska, japońska i oczywiście polska, a w niej sporo kaszubskich smaków. Zjedliśmy świetną zupę rybną, pastę z łososia na razowym chlebie, ślimaki po hiszpańsku i na koniec rzemieślnicze lody oraz sery z Gospodarstwo "Kaszubska Koza". To był pyszny dzień.
My, tak jak w poprzednich latach, gotowaliśmy przy stanowisku Slow Food Pomorze. Tym razem serwowaliśmy wędzonego, kaszubskiego pstrąga z kaszą i pikantną salsą z truskawek oraz nazywaną żartobliwie "wegańskim tatarem" sałatkę z arbuza, jabłka i truskawek z dodatkiem oleju z pestek dyni. Prezydent Sopotu, Jacek Karnowski, jak każdego roku częstował Sopocian i turystów swoim popisowym śledzikiem po sopocku, robionym według rodzinnego przepisu.
Stół to symbol bycia razem. Dzielenie się jedzeniem, uczestniczenie w jego przygotowywaniu i przede wszystkim rozmowy ze współbiesiadnikami to symbol naszego życia. Ktoś powiedział, że stół jest symbolem naszego życia. Siadamy przy nim kiedy rodzi się dziecko, ale siadamy przy nim u kresu, kiedy żegnamy bliską osobę. Może dlatego przy sopockim stole tak dobrze zawiera się nowe znajomości. Ta specyficzna wspólnota sprawia, że odzywamy się do nieznajomych pytając o smak dania, a czasami tylko uśmiechamy się dzieląc się radością z pięknej pogody i dobrego jedzenia. W tym roku dodatkowych emocji dostarczył zwycięski mecz Polaków. Chwile grozy gospodarze przeżyli natomiast podczas burzy, w czasie której z poświęceniem ratowali wyposażenie stoisk. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Zdążyliśmy jeszcze odwiedzić restaurację polską w sopockim Sheraton Sopot Hotel. Spotkaliśmy się tam z pasjonatami kulinariów na zaproszenie Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna, żeby podyskutować o smaku Pomorza. Szef kuchni Krystian Szidel przygotował menu degustacyjne będące kwintesencją kuchni Pomorza i Kaszub. Na stole pojawiły się między innymi węgorz, śledź, turbot, kaczka, sery zagrodowe i oczywiście kaszubskie truskawki. Daniom towarzyszyły polskie wina ze Winnica Srebrna Góra i Winnicy Adoria Vineyards z Zachowic, Cydr Tradycyjny z Trzebnicy, tradycyjny destylat i nalewka z truskawek. Podoba nam się pomysł na taką restaurację. Może kiedyś taka restauracja pojawi się, choćby gościnnie w innych hotelach, może gdzieś na antypodach.
Slow Fest Sopot tradycyjnie rozpoczął nasze wakacyjne podróże kulinarne, liczymy, że wrócimy tu znowu za rok.