Nasz uczeń wie o narracyjności bajki, ale najczęściej nie ma świadomości własnych kompetencji twórczych czy komunikacyjnych. Bo szkoła każe rozwiązywać testy w tym zakresie, nie pomaga zaś odkrywać i rozumieć samego siebie!
REKLAMA
Sądziłem, że kolejny wpis poświęcę tegorocznym egzaminom gimnazjalnym. Ale o czym tu pisać? Można się wyzłośliwiać, a nawet kpić sobie (bo poziom niektórych testowych pytań, upodabniających się do quizów reklamowych, wydaje się obrażać nawet inteligencję 16-latków) – nie o złośliwości jednak tu chodzi. Próbowałem odnaleźć wśród licznych komentarzy, a także analiz, jakiekolwiek słowa uznania czy choćby zrozumienia (tak dla samych testów, jak i ich obecnego kształtu czy poziomu) – nie znalazłem!
Jedynym wiec powodem, dla którego do tych egzaminów powracam, jest wywołana kilka dni temu dyskusja o polskiej edukacji. I choć zasadnicze głosy dotyczą w niej akademickiego kształcenia, to przecież nie mamy wątpliwości, że w równej mierze odnoszą się one do szkolnego nauczania. A może nawet w większej mierze tyczą się szkół, wszak to tam powinno następować rozpoznawanie tych uczniowskich predyspozycji i możliwości, o które chwilę później upomina się rynek pracy, ale i zwykła codzienna rzeczywistość.
Przedsiębiorcy oczekują (zob. „Gazeta Wyborcza” z 23.04), że zgłaszający się do pracy młodzi ludzie zdolni są „do myślenia holistycznego i nieschematycznego”, że umieją selekcjonować dostępną wiedzę i samodzielnie się uczyć, że nadto potrafią pracować w zespołach (i jeszcze potrafią INNYCH rozumieć, a nawet być wobec nich empatycznymi), że zdolni są do wyznaczania sobie ambitnych celów i do ich realizacji, że zatem pełni są pomysłów, chęci i determinacji – proszę jednak podpowiedzieć, na jakich etapach edukacji, i w jakich typach szkół, uczą tego wszystkiego (i proszę nie odsyłać zainteresowanych do zapisów w krajowych ramach kwalifikacyjnych).
Menedżerowie szukają dla swoich firm młodych ludzi z potencjałem, z talentami, mogliby jednak nie zapominać (bo też w większości przypadków chodzili do tych samych placówek), że w ciągu kilkunastu lat edukacji szkolnej, a nawet i akademickiej, nie poświęca się tym kwestiom praktycznie żadnej uwagi (wyłączając oczywiście specjalistyczne kształcenie w tym zakresie).
W naszym szkolnictwie nie są to bowiem osobne obszary edukacji. Niestety!
Cóż więc dobrego mają powiedzieć przedsiębiorcy czy menedżerowie o możliwościach kandydatów do pracy, skoro szkoły nie zajmują się u nas uczniowskim czy studenckim potencjałem? Ani go nie rozpoznają, ani tym bardziej nie zarządzają nim. Nie uzbrajają tym samym młodego człowieka w świadomość samego siebie – świadomość tego, kim jest, co potrafi i co może w życiu osiągać.
Na lewo i prawo odwołujemy się do tzw. kapitału ludzkiego (zachęcamy do realizacji rozmaitych projektów w ramach tego programu), ale nie potrafimy zajmować się tym realnym kapitałem – owymi „miękkimi kompetencjami” – na poziomie szkolnej edukacji. To tak, jakby zarządzanie ludzkim potencjałem nie dotyczyło dzieci i młodzieży, a zaczynało się dopiero na etapach pracy zawodowej, w firmach i instytucjach.
Szkoła, zajęta przedmiotowym kształceniem, transferowaniem wiedzy w obrębie kilkunastu dyscyplin, nie zajmuje się uczniem jako „przedmiotem” wartym poznania. Szkoła próbuje go czegoś nauczać, ale już nie próbuje bliżej go poznawać. Ani tym bardziej nie pomaga mu w (roz)poznawaniu samego siebie. W gromadzeniu wiedzy o sobie samym. W gromadzeniu zdolności i umiejętności. W uświadamianiu, jak atrakcyjnym staje się człowiekiem, gdy zbiera wszystkie swoje talenty i pasje w jedno, gdy kapitalizuje swoje predyspozycje i możliwości – słowem: gdy gromadzi swój potencjał i wespół z nauczycielem umiejętnie nim zarządza.
Miałem już okazję o tym pisać, ale powtórzę raz jeszcze: nie wiedzieć dlaczego, najważniejsze edukacyjne zadanie, jakim jest rozpoznawanie potencjału każdego z nas (rozpoznawanie uczniowskich możliwości), i skuteczne zarządzanie tymże potencjałem, odkładamy na potem. A w wielu przypadkach nie podejmujemy tego zadania w ogóle (zapraszam na www.szkolanowejgeneracji.pl).
***
Jeden tylko przykład. I kilka pytań z nim związanych.
Jeden tylko przykład. I kilka pytań z nim związanych.
Czy młody człowiek, 16-letni gimnazjalista, wykazujący się wiedzą o narracyjności bajki, potrafi powiedzieć cokolwiek o własnych możliwościach komunikacyjnych bądź twórczych? A jeszcze lepiej – czy potrafi je zademonstrować? Czy kiedy odwołuje się do bajkowego morału, i zakreśla w teście odpowiadające mu swym sensem stwierdzenie, to czy dostrzega u siebie np. zdolności do zręcznego puentowania swoich bądź innych wypowiedzi? I rozumie tym samym, że posiada potencjał w tym zakresie? Słowem: czy wraz z czytaniem literatury, i poznawaniem innych obszarów wiedzy, zbiera przy tym własne predyspozycje? Uświadamia je sobie? Gromadzi je? A czy szkoła jest tym wszystkim zainteresowana? Czy potrafi ten kapitał zbierać i pomnażać? A więc działać wespół z uczniem?
Bo testy, które trzeba wypełniać, nic nam o tym nie mówią. Nie przynoszą nam realnej wiedzy o gromadzonych i wykorzystywanych umiejętnościach i kompetencjach 16-latków.
A to przecież wyniki testów wędrują w świat za naszymi uczniami! Wiemy, jak zaliczają poszczególne ich części, na ile procent, ale nie wiemy nic zasadniczego o nich samych. Niestety! Dzięki tym liczbom i procentom uczniowie wiedzą, o jakie liceum czy technikum mogą zawalczyć, ale już nie wiedzą, co mają zrobić z równie dobrym wynikiem z części humanistycznej, jak i matematyczno-przyrodniczej czy językowej.
Za 3 lata, przystępując do kolejnych egzaminów, do matury, nasi uczniowie będą niemal w tym samym miejscu. Bo w szkolnym nauczaniu raczej nic się nie zmieni. Przedmiotowe kształcenie przyćmi wszystko inne! A na testach nadal będzie chodziło o zakreślanie prawidłowej odpowiedzi.
Dla przedsiębiorców czy menedżerów nie jest to, niestety, dobra informacja. Pozostaje „wojna o talenty”! A więc ich poszukiwanie.
Ale może w szkołach coś się zmieni?! Myślenie utopijne, które dzisiaj zalecałbym w myśleniu o edukacji, ma teraz bowiem to do siebie, że nie podnosi nierealności czy niedorzeczności przedstawianych wizji, ale pozwala mieć nadzieję na ich urzeczywistnianie.
