"Dobra. Teraz pytanie: do czego ta wiedza o Łęckiej i Podborskiej jest ludziom potrzebna? Czy pracodawca będzie z tego odpytywał podczas rozmowy kwalifikacyjnej"? "Matura to bzdura"? Tak - z grubsza - wyglądają komentarze i tytuły! Nie wiem, czy to dobry doping dla ponad 380 tys. młodych ludzi? Ale egzaminacyjne mleko rozlało się już dawno!
REKLAMA
Nie ukrywam tego – jestem dość krytyczny wobec dzisiejszego systemu nauczania (czemu daję wyraz choćby w blogowych komentarzach), rankiem zastanawiałem się jednak, czy w tych dniach, w których ponad 380 tys. młodych ludzi zdaje swój najważniejszy egzamin, to dobry pomysł, by dezawuować wszystko, co z tymi egzaminami związane? I czy to na pewno dobry doping dla maturzystów?
Ale kiedy w sieci ruszyła lawina komentarzy, także w ich wydaniu, uznałem, że nic tu po takich apelach czy zawołaniach! Zresztą egzaminacyjne mleko rozlało się już dawno!
Pozostała mi zatem lektura maturalnych zagadnień. I chwila namysłu nad istotą i sensem takiego egzaminu.
Zawsze mi się wydawało, że ważny egzamin, a zwłaszcza taki, którego złożenie nadaje człowiekowi pewien status społeczny (np. status osoby z konkretnym wykształceniem), powinien być przedsięwzięciem posiadającym swoją rangę. I swoją wymowę! Natomiast jednym z celów takich przedsięwzięć, ale i społecznych zabiegów, powinno być utrzymywanie tejże rangi (nie zaś utrzymywanie poziomu stresu!). W przeciwnym razie waga i znaczenie egzaminów dezawuują się, a co za tym – dezawuują się wykształcenie i posiadany status. I tak się dzieje od lat!
Przypominam te oczywistości także dlatego, by zwrócić uwagę, że instytucja egzaminu, w kontekście procesu kształcenia, ma swoją wewnętrzną logikę zdarzeń, a nawet i filozofię – ich przestrzeganie pozwala utrzymywać sens egzaminu, i nie deprecjonować jego znaczenia, natomiast zatracanie się w tej logice, czy też kompletne jej lekceważenie, sprawia, że podważamy nawet istotę całego szkolnego przedsięwzięcia. Niestety, komentarze uczniów i nauczycieli (już nie tylko krytyków systemu nauczania) jednoznacznie pokazują, że mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją.
Otóż istotą egzaminu, ale i całej dialektyki edukacyjnej, jest zachowywanie pewnej skali trudności (pomiędzy zadaniami wykonywanymi na co dzień a zadaniami egzaminacyjnymi). W procesie uczenia się jest bowiem tak, że od czynności prostszych i mniej złożonych przechodzimy do czynności trudniejszych i bardziej skomplikowanych. Nigdy zaś odwrotnie! Egzamin więc, jako element takiego procesu, ale i forma jego sprawdzania, powinien znajdować się w łańcuszku owych czynności na samym szczycie, nie zaś gdzieś pośrodku (lub - o zgrozo! - w okolicach początku).
Innymi słowy: egzamin ma swój sens, i zachowuje też swoje znaczenie (swoją wagę), jeśli nie jest łatwiejszy od tych zadań, które przez lata wykonywaliśmy niemal codziennie. Czymże on bowiem jest, i co dodatkowego sprawdza, jeśli nie różni się od pisanych po wielokroć opowiadań czy rozprawek – i to jeszcze na podobne tematy? Jeśli egzamin jest powtórką z dotychczasowych sprawdzianów czy testów, lub – co gorsza – jest jeszcze prostszym sprawdzianem (czego właśnie jesteśmy świadkami – patrz ostatni test gimnazjalny i dzisiejsze zadania maturalne), to cóż on nowego mówi o naszych uczniach? I jakie ważne rzeczy, dotąd nieznane, odkrywa przed nami? No i przed nimi samymi (skoro aż 50% tegorocznych maturzystów nie wie, co dalej studiować)?
Ujmując rzecz metaforycznie, a raczej tautologicznie: taki egzamin nie zdaje egzaminu!
Istotą egzaminu – jak się wydaje – jest nie tyle egzekwowanie rzeczy dawno przerobionych i ocenionych, ile sprawdzanie tych, które przez okres nauki powinny się były (u)kształtować. W edukacji nie chodzi wszak jedynie o zapamiętywanie, bardziej chodzi o możliwości praktycznego stosowania.
Egzamin, ważny egzamin, to nowa sytuacja, w której uczeń, poza zdobytą i utrwaloną wiedzą, musi odwoływać się do rozmaitych umiejętności i kompetencji, by owej sytuacji sprostać. Jeśli na egzaminie nie jesteśmy w stanie tego przeprowadzić i sprawdzić, znaczy to, że egzamin nie ma większego sensu, a my sami – także jako społeczeństwo – nie mamy z tego większego pożytku.
Tak długo, jak uczniowie, ale i nauczyciele, nie będą sami odczuwali skali trudności egzaminu, tego, że wymaga on od nich rzeczy dodatkowych (nie tylko tych przerobionych), i tak długo, jak egzamin nie będzie sprawdzał realnych efektów kształcenia, tak długo pytania o jego sens będą w mocy.
