To rzadkie zjawisko, by dyskusja o edukacji pozostawała w centrum uwagi (lub choćby w okolicach tego centrum) przez kilka kolejnych tygodni.
REKLAMA
Chodzi oczywiście o obecność tej dyskusji w mediach ogólnopolskich i opiniotwórczych (a także w ważnych miejscach w sieci), bo rzecz jasna w pismach specjalistycznych, i na stronach czy portalach edukacyjnych, toczy się ona na co dzień.
Problem jednak w tym, że w dyskusji tej – zresztą nie po raz pierwszy – zatoczyliśmy już koło. I tylko się w nim kręcimy. Z grubsza spisaliśmy wady całego systemu (od lat te same, więc nie ma potrzeby ich przypominać), sformułowaliśmy też zarzuty pod adresem rozmaitych winowajców (ministerstw, uniwersytetów, szkół, komisji egzaminacyjnych – winowajcy zdążyli już nawet poodbijać piłeczki w inne strony) – i najpewniej wróciliśmy do swoich zajęć. Za chwilę więc przejdziemy nad tym wszystkim do porządku! Choć może nie?
I to jest stan, jaki towarzyszy szkolnictwu i edukacji od lat. Nie jest bowiem prawdą, co próbują podkreślać komentatorzy obecnej dyskusji, że oto wreszcie pojawiły się głosy obnażające i demaskujące słabości systemu kształcenia, że dopiero one napiętnowały cynizm i oportunizm poszczególnych instytucji i decydentów, że wskazały na zło, jakie od lat toczy nasze szkolnictwo i edukację.
Prawdą niewątpliwie jest to, że głosy te po raz pierwszy zabrzmiały donośnie! I że spotkały się z poważnym odzewem. Ale czy zabrzmiały tak z powodu ich wagi? Czy może z powodu ich charakteru i właściwości?
O powadze sytuacji w szkolnictwie, zarówno tym podstawowym, jak i akademickim, czytamy bowiem w gazetach, książkach i w sieci od lat (a na konferencjach czy sesjach wygłasza się dziesiątki referatów na te tematy). Dość przypomnieć pasjonujący esej L. Watersa, Zmierzch wiedzy, który kilka lat temu wywołał prawdziwą burzę w środowisku amerykańskich uczonych (rzecz dotyczyła m.in. „nadprodukcji książek” i cynicznie obmyślanych karier profesorskich), dość też odwołać się do uwag i przestróg, jakie płyną z pism choćby tak różnych twórców i myślicieli, jak Eco, Bauman czy Sloterdijk.
Otóż rzeczy, o których teraz czytamy i słyszymy, obecne są w refleksji edukacyjnej od wielu już lat (także w postaci krytyki samych instytucji i systemów nauczania), problem natomiast w tym, że owe myśli, nakreślające - i zarazem nakręcające - ważną sprawę społeczną, jaką jest ewidentny kryzys w szkolnictwie, nie potrafią wywołać powszechnej reakcji, nie potrafią tym samym doprowadzić do oczekiwanej zmiany. I to jest kwestia o zasadniczym znaczeniu!
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź nie jest wcale prosta, ale na jeden aspekt sytuacji warto zwrócić uwagę, bo w toczącej się dyskusji ujawnia się on ze zdwojoną siłą.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź nie jest wcale prosta, ale na jeden aspekt sytuacji warto zwrócić uwagę, bo w toczącej się dyskusji ujawnia się on ze zdwojoną siłą.
Czy nam się to podoba, czy nie, ale edukacja (podobnie jak i inne dziedziny życia), aby mogła zaistnieć w głównym nurcie wydarzeń, i tym samym skuteczniej pobudzać uwagę społeczeństwa, musi zafunkcjonować, choćby przez jakiś czas, w świecie mediów – i to jeszcze mediów mainstreamowych. W przeciwnym razie edukacja pozostaje na marginesie społecznych dyskursów, gdzie nie wykracza się poza mity i banały, wypowiadane na jej temat; pozostaje także w obrębie dyskursów naukowych czy specjalistycznych, gdzie – dla odmiany – nie przestaje być wdzięcznym przedmiotem wyrafinowanych wywodów, studiowanych jednakże przez wybrane grona zainteresowanych czy wtajemniczonych.
Zgódźmy się: najdonioślejszy głos w sprawie - konferencyjny (sic!) referat Profesor Ewy Nawrockiej - choć celnie i odważnie uderzający w system kształcenia i organizację nauki, w dotychczasowych warunkach i okolicznościach wywołałby - i owszem - żywą dyskusję wśród uczestników spotkania, po czym wydany w pokonferencyjnej księdze niewątpliwie podzieliłby losy pozostałych wystąpień (być może w przyszłości doczekałby się poważnej liczby odwołań czy cytowań, ale pewności nie ma, bo reprezentanci środowiska, po części urażeni, i przede wszystkim nieskłonni do zmian, mogliby równie dobrze wystąpienie to ignorować).
Tymczasem ten sam referat, nagrany i umieszczony w internecie, w serwisie YouTube, a dalej jak wici rozsyłany na facebooku, i na to komentowany, cytowany bądź przedrukowywany w najważniejszych tytułach i stacjach, mógł stać się w krótkim czasie wydarzeniem medialnym. I to bezprecedensowym! (Oczywiście, rzecz nie sprowadza się do samego faktu umieszczenia referatu w sieci, ważna jest treść, a także i forma wystąpienia, zwłaszcza zaś stylistyka niektórych sformułowań, aspekt medialny jest tu jednak przesądzający – co do tego nie ma wątpliwości!)
Czy to jakiś wyraźny sygnał dla sprawy? Jakieś przesłanie?
Czy bez mała 10 mln ludzi, których na co dzień edukacja bezpośrednio dotyczy (bo chodzą do szkół, studiują, nauczają bądź w jakiś sposób odpowiadają za jej organizację), to ciągle za mało, by była ona ważna i warta powszechnej uwagi?
***
Wychodzi na to, że edukacja, by mogła stać się sprawą prawdziwie społeczną, i by mogła liczyć na szerszy odzew czy zainteresowanie, musi nie tylko funkcjonować w mediach, ale musi się sprzymierzyć z medialnym mainstreamem. Musi przy tym wydobywać z siebie te cechy i przymioty, które czynią ją medialnie atrakcyjną. W przeciwnym razie – powtórzmy – pozostają jej obrzeża społecznych debat. I niski wskaźnik popularności! A w takiej sytuacji sprawy mogą się toczyć i toczyć…
Czy bez mała 10 mln ludzi, których na co dzień edukacja bezpośrednio dotyczy (bo chodzą do szkół, studiują, nauczają bądź w jakiś sposób odpowiadają za jej organizację), to ciągle za mało, by była ona ważna i warta powszechnej uwagi?
***
Wychodzi na to, że edukacja, by mogła stać się sprawą prawdziwie społeczną, i by mogła liczyć na szerszy odzew czy zainteresowanie, musi nie tylko funkcjonować w mediach, ale musi się sprzymierzyć z medialnym mainstreamem. Musi przy tym wydobywać z siebie te cechy i przymioty, które czynią ją medialnie atrakcyjną. W przeciwnym razie – powtórzmy – pozostają jej obrzeża społecznych debat. I niski wskaźnik popularności! A w takiej sytuacji sprawy mogą się toczyć i toczyć…
Powraca przy tym pytanie, które widnieje w opisie mojego blogu: czy społeczeństwo obywatelskie, w takiej postaci, w jakiej ono obecnie się znajduje (a dodajmy, że głosy w toczącej się dyskusji, to głosy tegoż społeczeństwa), może odmienić polskie szkoły?
