Dzisiejsze szkolnictwo w Polsce, pod pewnym względem, przypomina najbardziej chronione obszary z minionej epoki – górnictwo czy hutnictwo. Zawsze były ważne, wręcz strategiczne, ale dostarczały najwięcej kłopotów z modernizacją.

REKLAMA
W ciągu minionych 20 lat gospodarka zdążyła przestawić się na zupełnie inne tory, wiele jej obszarów doświadczyło prawdziwych metamorfoz, a w każdym razie strukturalnych i jakościowych zmian (patrz choćby rolnictwo), inne dokonują tych zmian na naszych oczach (infrastruktura), jeszcze inne, co prawda w bojach i mękach, ale szukają jakichś rozwiązań (opieka zdrowotna), o kolejnych obszarach czy gałęziach przemysłu, które zostały „uwolnione”, czyli w jakimś stopniu sprywatyzowane, już nie wspominam – szkolnictwo natomiast od dziesięcioleci stoi w miejscu.
Piszę to jako nauczyciel akademicki z pełną odpowiedzialnością, od ponad 20 bowiem lat, ucząc studentów (ale też licealną młodzież), nie doświadczam żadnej zasadniczej zmiany w obrębie modelu edukacji. Przebudowujemy strukturę szkolnictwa, nie unikając zresztą poważnych błędów (mniejsza o szczegóły, ale chodzi m.in. o gimnazja czy szkolnictwo zawodowe), wykłócamy się o przedmioty i liczby nauczanych godzin (do rangi symbolu urosła walka o matematykę na maturze, tak jakby ona jedna, i to pod koniec szkoły, miała rozwiązać problemy z przygotowaniem młodzieży do ich dalszych wyborów, a zwłaszcza do kształcenia w obszarach nauk ścisłych czy technicznych), testujemy rozmaite formy zaliczeń i egzaminów (za tzw. oceny ważone ktoś powinien odebrać stosowną nagrodę, podobnie jak i za jakość końcowych egzaminów, które ostatnio żenują swym poziomem), wprowadzamy – i owszem! – reformy podstaw programowych, a nawet reformę wieku szkolnego, na koniec zaś przymierzamy się do projektów cyfryzacji szkoły, ale ciągle kręcimy się wokół tego samego paradygmatu edukacyjnego.
I dlatego zasadnicza zmiana jakościowa jest wręcz niemożliwa!
Przez te 20 lat, już z niemałym okładem, fundujemy sobie ogrom zmian, w codzienność naszą milowymi krokami wkracza tzw. cywilizacja wiedzy i informacji, z całym inwentarzem odkryć i rozmaitych nowości, ale w obszarze szkolnego kształcenia – jakby nie dostrzegając tego wszystkiego – „robimy swoje”. Czyli zasadniczo robimy po staremu.
Dwa, trzy najbardziej wymowne przykłady:
Zmieniający się świat odkrył dla nowej cywilizacji m.in. kapitał intelektualny (kapitał ludzki), z obszaru komunikacji społecznej, ale i samego procesu pozna(wa)nia, wygenerował też mnóstwo dynamicznie rozwijających się branż, odmieniając tym samym wiele naszych działań i zachowań społecznych (o nowych mediach i technologiach już nie wspominam, podobnie jak i innych zjawiskach, które zmieniają nasze życie, jak procesy globalizacyjne czy kryzysy), my natomiast, w codziennym ogólnym nauczaniu, kręcimy się wokół tych samych kilkunastu przedmiotów - i niech ktoś spróbuje zapowiedzieć jakieś poważne zmiany w tym zakresie!
Od dziesięcioleci świat mówi nam o wadze i znaczeniu ludzkiego potencjału, nasze umiejętności i możliwości podnosi nawet do rangi narodowych i budżetowych zasobów (niektóre kraje myślą o tym, jak kapitał intelektualny zapisać w ustawodawstwie), my jednak wolimy koncentrować się na transferach teoretycznej wiedzy (nie na rozpoznawaniu, gromadzeniu i zarządzaniu tymże potencjałem). Biznes i rozmaita przedsiębiorczość, co pokazuje choćby ostatnia dyskusja o edukacji, upominają się o nasze „miękkie wartości”, wypatrują na rynkach talentów i pytają o nasze przymioty, zarówno te indywidualne, jak i społeczne (a nie wspominam dodatkowo o tzw. mobilności, interaktywności czy autokreacyjności, bo to wyznaczniki jeszcze innego etapu zmian, także w edukacji), ale w naszych szkołach, w naszej (współ)pracy z uczniami czy studentami, ciągle nie ma na to miejsca. Ale też chyba pomysłu?!
Świat, z oczywistych powodów, skręca w stronę „techniki”, wykorzystując jednak zaplecza wszelkich możliwych nauk, miksując – by tak rzec – ich najlepsze aktywa (czego przykładem stają się już nie tylko inter-, ale wręcz multidyscyplinarne badania, np. w obrębie coraz popularniejszych nauk kognitywnych, choć nie tylko), my zaś, w dalszym ciągu, hołubimy tradycyjną obszarowość w szkołach (i na dodatek tradycyjne proporcje miedzy obszarami nauk), nie przejmując się zbytnio ani zarzutami o produkowaniu bezrobotnych humanistów (które zresztą rozpoczyna się nie na wyższych uczelniach, ale w szkołach właśnie), ani zarzutami o braku dostatecznych kompetencji reprezentantów innych dziedzin.
Powiedzmy to wyraźnie: cywilizacja wiedzy i informacji jasno sformułowała wobec edukacji swoje oczekiwania i wyzwania, ale nasze szkolnictwo ciągle ich nie ogrania, a nawet w dużej mierze ich nie dostrzega. Nie odczytuje ich w należyty sposób! I nie są to bynajmniej wymysły czy fanaberie uczonych, nie są to złośliwości krytyków obecnego systemu kształcenia (choć może tak to wyglądać), są to postulaty czy apele, jakie zgłasza sama rzeczywistość. Ostatnio ustami ludzi biznesu.
Czy można więc liczyć na jakiś przełom w tych sprawach?
[Jako odpowiedzi nie przyjmuję jednak odsyłacza do Krajowych Ram Kwalifikacyjnych, które doskonale znam, bo wypełniam je także na co dzień. Zapisywane tam, obok wiedzy, umiejętności i kompetencje, są w wielu przypadkach czystą iluzją, a w wielu innych odsyłają do umiejętności elementarnych i ogólnikowych. Ponadto widnieją na papierze! Czy zatem zadania te będzie można zrealizować, nie zmieniając zasadniczo zestawu przedmiotów i form zajęć (bo na to się nie zanosi), nie zmieniając też specjalnie metod pracy, a przede wszystkim – samych relacji w szkole, czyli całej komunikacji społecznej?]