Ostatnie dyskusje o szkolnictwie wyższym, i wydarzenia z nimi związane, nabierają nie tylko na sile, ale i wyrazie. Nauczyciele akademiccy dołączają do grup „Oburzonych”, ze studentów i absolwentów tworzymy zaś pokolenie „Oszukanych”. Czy coś z tego wyniknie?

REKLAMA
Szczerze powiedziawszy, niewiele sobie obiecywałem po dyskusjach o naszym szkolnictwie wyższym – o sytuacji na uczelniach, akademickich karierach, pensjach i dotacjach na badania naukowe, wreszcie o samym kształceniu, które zebrało w tych debatach największe cięgi. I nie chodziło bynajmniej o małą wiarę (że cokolwiek można w ten sposób osiągnąć), raczej gorzką świadomość, że sytuacja w szkolnictwie wyższym, a zwłaszcza jego styk i relacje z rynkami pracy, to jeszcze jedna kwadratura koła. I jest to sytuacja doskonale znana od lat.
Wywoływane kolejne dyskusje, aczkolwiek ważne i potrzebne, mogą więc przypominać proces bicia piany. Jego efektem może być natomiast pogłębiająca się frustracja (i towarzyszące jej „oburzenie”), bo w wielu przypadkach jest to bicie piany przy użyciu dawno rozlanego mleka. Czy z takiego procesu technologicznego da się „coś” wyprodukować?
Problem w tym, że mając świadomość rzeczy, w co brniemy (uwalniając na początku lat 90. rynek szkolnictwa wyższego), brnęliśmy w to bez planów i pomysłów, snując na domiar przed młodymi ludźmi wizję edukacyjnej emancypacji, przynoszącej jedynie korzyści – i to wymierne (awans społeczny, prestiż, większe szanse na rynkach pracy, większe płace etc.). Brnęliśmy więc w sposób cyniczny i nieodpowiedzialny. Oczywiście, zakładam, że owa świadomość rzeczy, choćby elementarna, towarzyszyła tym przemianom, w latach 90. znane już bowiem były wyniki doświadczeń w tym zakresie. Francuzi, którzy wcześniej pochylili się nad przemianami swojego szkolnictwa wyższego (bo przeżywali boom edukacyjny na poziomie akademickim już w latach 60.), dostarczali w tym względzie wielu cennych obserwacji i wyników badań. Po lekturze ich prac nie sposób oprzeć się wrażeniu, że na początku naszej transformacji albo wpadliśmy dokładnie w te same pułapki myślowe, jakie wcześniej budowały wizje edukacyjne nad Sekwaną, albo – co gorsza – przystępowaliśmy do tych działań bez elementarnej wiedzy i świadomości, a zwłaszcza – bez kontroli i jakiejkolwiek regulacji tego rynku.
Francuzi odkryli już wcześniej, że szybki wzrost popytu na edukację uniwersytecką, i przy tym niekontrolowane skutki demokratyzacji tegoż szkolnictwa, przynoszą liczne problemy na rynkach pracy, ale i w samym życiu społecznym, bo „struktura społeczno-zawodowa” nie jest w stanie wchłonąć tych absolwentów (co dziś wydaje się oczywistością), co ważniejsze jednak – wszystkim nie jest w stanie zagwarantować stanowisk, odpowiadających uzyskanemu wykształceniu (no i statusowi społecznemu osoby z uniwersyteckim dyplomem). Uczeni francuscy zauważyli więc (P. Bourdieu, R. Boudon), że takie sytuacje rodzą ogromne rozczarowania społeczne i są przyczyną kryzysu całego systemu edukacyjnego. Przypisywane wyższemu wykształceniu zalety i korzyści okazują się dla wielu młodych ludzi mrzonką, czystą iluzją. Ludzie ci bowiem ani nie poprawili zanadto swojej sytuacji życiowej, ani tym bardziej nie odczuli wzrostu prestiżu i zmiany ogólnej pozycji w społecznej hierarchii. Wiązany bezpośrednio z wykształceniem akademickim awans społeczny, i to jeszcze gwarantowany (sic!), okazał się założeniem do pewnego stopnia fałszywym (nie uwzględniał on bowiem rozmiarów zjawiska, a przede wszystkim konieczności regulacji samego runku edukacyjnego).
Rozczarowanie akademickim wyksztalceniem stało się faktem społecznym o niebagatelnym znaczeniu, podważało bowiem zaufanie do wielu instytucji (w tym do instytucji państwa, no i do samych uniwersytetów), przede wszystkim jednak kładło się cieniem na koncepcji i systemie kształcenia. Oznaczało więc kryzys w edukacji.
Raymond Boudon opisał to jako „efekt odwrócenia” - efekt niezamierzonych i nieprzewidzianych skutków działań społecznych.
***
Priorytetowe zadanie lat 90., by za wszelką cenę podnosić tzw. współczynniki skolaryzacji, doprowadziły nas do dnia dzisiejszego, czyli doprowadziły – pod ścianę! Okazuje się, że ani nie odrobiliśmy żadnych lekcji, nie skorzystaliśmy z innych doświadczeń, ani też nie byliśmy w stanie obecnych skutków przewidzieć – lub choćby im zapobiegać (w chwili kiedy się ujawniały i narastały).
Dziś nasza młodzież akademicka, i nasi absolwenci, dołączają więc do grona „rozczarowanych”, my sami zaś zjawisko to potęgujemy, mówiąc im wprost, że byli przez lata „oszukiwani”, i że proceder ten w dalszym ciągu trwa (choć jako nauczyciele akademiccy nie zawsze bijemy się we własne piersi), dołączamy więc i my do grona „oburzonych”, nie przewidując jednak (nie myśląc o tym za dużo), jaką wytwarzamy sytuację – i dokąd może ona nas doprowadzić.
[Nie dalej, jak wczoraj, można było na stronach tego portalu przeczytać o dyskusji ekspertów na temat "oszukanego pokolenia", a nawet o spotkaniu "wściekłych i oburzonych" na Uniwersytecie Gdańskim]
Mamy poczucie, że zabieramy głos w słusznej sprawie, zwłaszcza kiedy głos ten podnosimy, zastanawiam się jednak, jak wyobrażamy sobie bieg dalszych wydarzeń, kiedy już zaczynamy łączyć siły „oburzonych” i „oszukanych”, kiedy ze wszystkich stron prowadzimy otwartą krytykę – i nie zamierzamy bynajmniej na tym poprzestawać.
Kiedy w połowie lat 80. rozpoczynałem studia, byłem jednym z ok. 200 tysięcy studiujących Polaków. Dziś jest ich niemal 10 razy więcej! Wtedy wybierałem jedną z ok. 200 funkcjonujących w kraju uczelni, dziś młodzi ludzie, i nie tylko, mają ich do wyboru – prawie 500 (w tym większość uczelni niepublicznych)! Studiować może więc każdy. Absolutnie każdy! 350 czy 400 tys. corocznych maturzystów (a bywało ich więcej), to oczywiście liczby dla akademickiego rynku edukacyjnego niestraszne. Wprost przeciwnie. Rzecz jasna, nie wszyscy wybierają się na studia, nie wszyscy też dostają się na wymarzone kierunki i wymarzone uczelnie, jednak samo miejsce na nich nie stanowi dziś zasadniczego problemu.
Wobec takich faktów społecznych, które – jak rozumiem – nie wymagają komentarza, każdy rynek pracy musi skapitulować! Zwłaszcza wobec absolwentów szkół wyższych, którzy w ten sposób nie tylko naruszyli proporcje dotychczas obecne na tym rynku (proporcje ludzi z wyższym wyksztalceniem), ale przede wszystkim – naruszyli strukturę tego rynku.
Dlatego obecna sytuacja, jaka panuje na styku uczelni i rynków pracy, to kwadratura koła! Jak więc rozmawiać o tej sytuacji i nie bić piany przy użyciu rozlanego mleka?