Gdybyśmy wiedzieli, czy i jak będzie się zmieniać polska szkoła, a wraz z nią cały system i rynek edukacyjny, moglibyśmy inaczej rozmawiać o przyszłości nauczycieli. A tak – zostaje biadolenie nad ich losem! Bo zbliża się niż demograficzny i zapowiadają się zwolnienia! Szkoda przy tym, że cały problem widzimy niemal wyłącznie w wydatkach i statystykach.
REKLAMA
Zjawisko ma zresztą różne oblicza – kiedy nadarza się okazja, krytykujemy nauczycieli za ich nadmierne przywileje, za budżetowe obciążenia; kiedy z kolei dosięgają ich kłopoty z pracą, gotowi jesteśmy im doradzać, jak korzystać z dobrodziejstw Karty Nauczyciela. Oczywiście, nie ma w tym nic złego! Trochę w tym jednak rozgrywania doraźnego tematu…
A sytuacja jest co najmniej paradoksalna! W epoce wiedzy i informacji, w której przyjdzie nam spędzić kilka najbliższych dziesięcioleci, a w której przyszłość należy do społeczeństw uczących się (i nawet ścigających się w tym zakresie), otóż w takiej epoce, czy choćby w jej początkach, kiedy m.in. „uczenie się przez całe życie” zapowiada istotę cywilizacyjnych przemian, ogłaszamy stan zagrożenia dla zawodu nauczycielskiego. Stan alarmowy! Bo zbliża się niż!
Gdyby nie fakt, że na zjawiska te praktycznie w żaden sposób nie reagują zarządzający oświatą (i że do komentowania pozostaje to, co pozostaje), uznałbym taki sposób podnoszenia sprawy za bardzo powierzchowny – i niewiele też do samej sprawy wnoszący. Zwalniani z pracy nauczyciele, i zamykane szkoły, to bowiem nie tylko problemy demograficzne, to przede wszystkim problemy z modernizacją szkolnictwa i całej oświaty. [Dodatkowo – przejawy cynizmu władzy, zwłaszcza tej lokalnej, która w wielu przypadkach wykorzystuje okazje, by w ten sposób reperować budżety.]
O nauczycielstwie trzeba by jednak rozprawiać inaczej – w szerszym kontekście i szerszej perspektywie. Należy widzieć wyzwania społeczne i cywilizacyjne, które przed nami, nie zaś tylko wydatki i dane statystyczne.
O losach tego zawodu, podobnie jak i wielu innych, nie zdecydują bowiem ogłoszenia w urzędach pracy, albo ich brak (jak to przedstawiają niektórzy publicyści, biorąc to za miarę rzeczy – i wpisując nauczyciela na listę zawodów bez przyszłości), o losach tych zdecydują najpierw możliwości samego zawodu. W tym przypadku – możliwości poszczególnych nauczycieli. A rynek zawodów edukacyjnych, a nawet szerzej – oświatowych, w epoce wiedzy i informacji, wygląda całkiem pokaźnie. I nawet jeśli jest to przyszłość – perspektywa 5, 10 czy 15 lat (w zależności od kierunku i tempa zmian) – to trzeba o tym rozmawiać. A zwłaszcza zapoznawać z tą perspektywą samych nauczycieli. Wielu z nich może się „przebranżowić”, wielu – odnaleźć na zupełnie nowych obszarach (dopiero odkrywanych i uświadamianych), inni jeszcze mogą pomyśleć o własnej działalności w tym zakresie (bo epoka informacji daje coraz większe możliwości do prowadzenia takiej działalności choćby w sieci).
Oczywiście, sporo zależy od samej władzy, od tego, na co w polityce oświatowej zdołamy się w najbliższych latach otworzyć (i czy w ogóle) – czy odważymy się zdefiniować na nowo funkcje szkoły i istotę szkolnego kształcenia (bo takie oczekiwania wobec edukacji formułuje nowa epoka), czy określimy inaczej rolę i zadania nauczycieli (bo tego z kolei wymagałaby realizacja tychże oczekiwań), czy zechcemy zagospodarowywać nowe obszary edukacji, a zwłaszcza otwierać się, i w jakim stopniu, na nowe jej formy (edukacja 2.0), wreszcie – czy pomyślimy o innym zarządzaniu rynkiem edukacyjnym (bo obecne szkolnictwo tonie w biurokracji i administracji)? Sporo też zależy od samorządów i lokalnych włodarzy (od organów zarządzających) – czy zdecydują się prawdziwie postawić na nowoczesną edukację, widząc w tym nie tylko tendencje czy trendy, ale też przyszłość swoich dzieci i kolejnych pokoleń.
Jeśli pójdziemy w kierunku modernizacji szkolnictwa, jeśli otworzymy się na nowe obszary i formy kształcenia, przed nauczycielami otworzą się nowe możliwości. To oczywiste! Zawody edukacyjne, czy oświatowe, to przecież także zawody przyszłości! Można je nie tylko wygooglować, można je z powodzeniem uprawiać już dzisiaj (i czynimy to w różnych okolicznościach i w różnym zakresie).
Można rzecz jasna utrzymywać, że np. menedżer edukacji, broker edukacyjny, teletutor (teleedukator), e-edukator czy e-doradca (edukacyjny), to oświatowe science fiction – bo tak niektórzy do tego się odnoszą.
Jeśli tak, a chętnie podejmę dyskusję na te tematy, to odpowiedzmy szczerze nauczycielom, jakie perspektywy z kolei rozciągają się przed kształceniem przedmiotowym i utrzymywaniem szkoły w niezmienionym porządku?
