Kiedy o Karcie Nauczyciela rozmawia się niemal wyłącznie w kontekście ekonomii i finansów, gubi się bardzo ważny wymiar całego zjawiska i całego problemu – wymiar społeczny. A w przypadku tej profesji powinien mieć on o wiele większe znaczenie. Dla wszystkich!

REKLAMA
Karta Nauczyciela jest niewątpliwie czymś, czym można uderzyć w nauczycieli. Trafnie i boleśnie! Osobiście zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że taka forma ustawowych gwarancji, to dzisiaj rzecz społecznie nieuzasadniona. Nie dziwmy się, że u wielu rodzi poczucie niesprawiedliwości. [Podkreślam „dzisiaj”, bo lat temu 30, kiedy Kartę uchwalano, towarzyszyły jej zupełnie inne uwarunkowania.]
Zapewne życzylibyśmy sobie, by nauczycielstwo w Polsce dołączyło do zawodów o największym prestiżu, by na co dzień mówiono o nim z emfazą, z należnym szacunkiem. Ale Karta nie służy budowaniu takiego wizerunku nauczyciela. Niestety! I warto zdać sobie z tego sprawę. Nie chcę przeceniać jej znaczenia, ale też nie lekceważę jej społecznego odbioru. Bo Karta to także sprawa społeczna!
Paradoksalnie, Karta działa na niekorzyść nauczycieli w dwójnasób, bo poza wszystkim innym buduje w powszechnej świadomości mity. Poza więc emocjami i uprzedzeniami, jakie wyzwala (w tym zarzutami o "roszczeniwość"), utrwala też w społeczeństwie stereotypiczne obrazy szkolnictwa i nauczycielstwa. A to ewidentnie szkodzi! I koszty tego są o wiele większe aniżeli może się to wydawać. Jak niebezpieczna to rzecz, niech świadczy fakt, że niemal wszyscy, łącznie z niektórymi autorytetami, powtarzają jak mantrę złośliwości o nauczycielskich etatach – że godzinowo niewielkie!
[Na marginesie więc: jeżeli nauczyciele szkół pracują za mało, to co powiedzieć o nauczycielach akademickich? Nie chcę wkładać kija w mrowisko, bo sam pracuję ze studentami, ale bądźmy uczciwi – tak jak nie da się przeliczyć godzin spędzanych przez pracowników naukowo-dydaktycznych w bibliotekach czy przy biurkach, kiedy pracują naukowo i przygotowują się do zajęć ze studentami, tak nie da się obliczyć godzin przeznaczanych przez nauczycieli na prace o analogicznym charakterze.
A jednak mit o niewielkich nauczycielskich etatach działa! I jakie przynosi korzyści?]
Może więc choćby z takich powodów, że nie buduje pozytywnego wizerunku, i w życiu społecznym obraca się przeciwko nauczycielom, warto Kartę zmienić? Oczywiście, powodów jest więcej, ale i te mają niebagatelny wymiar. Kiedy słucham głosów w debacie (nawet tej ostatniej, toczonej w redakcji „Gazety Wyborczej”), mam nieodparte wrażenie, że niektórym wcale nie zależy na społecznym uznaniu dla tej profesji, że nie o tym myślą, i nie o tym mówią, kiedy bronią Karty.
Jak zatem podnosić rangę zawodu, i utrzymywać jego prestiż, kiedy w opinii publicznej funkcjonują sądy o nadmiernych przywilejach i wynikających stąd nierównościach? Może by nauczyciele sprawdzili, co społeczeństwo o tym sądzi? A jeśli to wszystko mity – niech się z nimi umiejętnie rozprawią! Z pożytkiem dla nas wszystkich! Bo Karta - powtórzę - to także sprawa społeczna.