No i stało się! Albo stanie się niebawem. Zamiast rozmawiać o prawdziwych i koniecznych zmianach w edukacji, będziemy toczyć boje o Kartę Nauczyciela. Co nas zatem czeka? Zamiast modernizacji – zwykła próba sił; zamiast zmiany społecznej – nowy „układ zbiorowy”, który pewnie na kolejne lata przypudruje sytuację w szkolnictwie.
REKLAMA
Kiedy czytam o zwieranych szykach w obronie Karty Nauczyciela, nie mam wątpliwości, że czeka nas poważna potyczka. Tym razem z polityką nie tylko w tle, ale i w roli głównej. Oczywiście, od polityki nie da się uciec, chcąc załatwiać sprawy szkolnictwa, ale na pewno nie można na niej poprzestawać.
Tymczasem mogę sobie wyobrazić, że kiedy siądą naprzeciwko siebie związki zawodowe, samorządowcy i przedstawiciele ministerstwa (bo do tego bieg wypadków zmierza), powstanie kolejny „układ zbiorowy”, którego przestrzeganie, albo i obrona, stanie się istotą dalszego funkcjonowania.
I to będzie na tyle w sprawach ważnych!
***
Jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym i oczywiście bliżej mi do nauczycieli niż do jakiejkolwiek innej grupy zawodowej. Z nauczycielami wolałbym jednak zasiąść do dyskusji o edukacji, nie zaś o Karcie. Jako wykładowca chętnie bym porozmawiał o prawie dwudziestoletniej młodzieży, która przychodząc na uniwersytet niekiedy całkiem sporo wie, ale ciągle najmniej – o sobie!
To ci młodzi ludzie, nie kto inny, każą mi czasami zadawać pytanie, brzmiące dość dramatycznie, jaki jest efekt ich dotychczasowej, już kilkunastoletniej edukacji, skoro w tym wieku często nie umieją rozmawiać o swoich możliwościach i swoich planach na edukacyjną i zawodową przyszłość, bo tych możliwości nie umieją rozpoznawać ani tym bardziej nimi zarządzać. To oczywiście w największym skrócie!
Chciałbym więc usłyszeć, co sami nauczyciele sądzą o dotychczasowym kształceniu, o szkole, której służą latami, i o tym, w jakim kierunku poprowadziliby edukację, gdyby dana im była „moc” tworzenia i dokonywania zmian. Wtedy bym wiedział, a przynajmniej z grubsza orientował się, czego tak naprawdę potrzebują i oczekują nauczyciele – i o co warto się wykłócać. W imię czego warto stawać po ich stronie?
Będę zatem nauczycielom ogromnie wdzięczny, i piszę te słowa bez cienia ironii, jeśli z równą determinacją, jak w obronie Karty, będą upominać się o zmiany w samej edukacji. Chciałbym zobaczyć, jak w sytuacji, gdy wywalczą „swoje”, będą równie głośno domagać się zmian w sposobach kształcenia i w samym nauczaniu.
Wtedy nawet przemilczę, że została zachwiana kolej rzeczy.
P.S. Oczywiście, znam stanowiska i starania wielu nauczycieli, chcących przede wszystkim zmian w systemie kształcenia. Choćby tu, w sieci, odwiedzam rozmaite strony i portale poświęcone edukacji – i jestem pod wielkim wrażeniem. I jestem tym zbudowany! Kiedy więc piszę w tekście „nauczyciele”, mam zasadniczo na myśli te ich reprezentacje, które w sprawach Karty gotowe są, i zdolne, zabierać głos publicznie, a nawet wywierać „naciski” na władzę poprzez różnego rodzaju działania. Przyjmuję więc, że w kwestiach samej edukacji reprezentacje te mogłyby zachowywać się podobnie, a przynajmniej zabierać głos w tych sprawach równie doniośle.
