Mierzmy się z obecnymi problemami szkolnictwa, bo w istocie są poważne i doskwierają, ale zacznijmy wreszcie mówić o przyszłości naszych szkół i naszej edukacji. Twórzmy ich wizje! Projektujmy je! Także dlatego, że typ myślenia wizyjnego jest nam dzisiaj wszystkim potrzebny. Niech zarządzający oświatą zrobią krok w tym kierunku!

REKLAMA
To prawda, problemy się nawarstwiają. I są coraz poważniejsze.
1. Przed ministerstwem edukacji dyskusje z samorządami i związkami zawodowymi o nauczycielskiej Karcie. Nikt nie ma wątpliwości, że będą to trudne negocjacje.
2. Na porządku dziennym pozostaje też – i to na długie lata – temat niżu demograficznego. „Niż to największe przekleństwo szkół” – piszą publicyści. W ten sposób uogólniają i spłycają, ale napięcie podtrzymują.
3. Wiemy o nowych podstawach programowych dla niektórych przedmiotów – dla szkół to kolejne kłopoty zatrudnieniowe.
4. Ostatnio czytamy też o problemach związanych z najnowszym projektem „Cyfryzacji szkół”. Przetargi na e-podręczniki (oprotestowywane, powtarzane) uprzytamniają skalę i charakter zjawisk, które dopiero przed nami…
Te i podobne sprawy można by jeszcze wynotowywać, ale nie w tym rzecz. Wiadomo, że trzeba się z nimi zmierzyć. Ale miarą powodzenia tych spraw – staje się to dla mnie coraz bardziej oczywiste – będzie nie tylko zdolność do doraźnego zapobiegania kryzysom, do odganiania problemów na czas jakiś, miarą powinna być dalekosiężna wizja, która pozwoliłaby, i to nie w sposób iluzoryczny, widzieć przyszłość dla szkolnych placówek, nie zaś ich powolny zmierzch.
Jeżeli niż demograficzny jest jedynie okazją do analizowania danych statystycznych i snucia przerażających prognoz, nie jest zaś przyczynkiem, choćby jednym z wielu, do dyskusji o zmianach w systemie edukacji, to znaczy, że albo nie mamy pomysłu na tego rodzaju zmiany, albo – co równie porażające – nie mamy politycznej woli, i wszelkiej innej, by odpowiadać na cywilizacyjne wyzwania zgodnie z ich duchem i ich istotą.
Dostrzegamy spadające liczby, gdy chodzi o nabory do szkół, nie dostrzegamy zaś, że już od wielu lat naszą obecność w dzisiejszym świecie (w świecie wiedzy i informacji) definiujemy jako uczenie się przez całe życie. Owszem, coraz mniej dzieci i młodzieży przychodzi do szkół, jednak coraz większych populacji edukacja zaczyna dotyczyć. Jej obszary i zakresy w oczywisty sposób poszerzają się – nie zaś kurczą. Warto to sobie uświadomić!
Z tych prostych faktów powinny wypływać całkiem zasadnicze konsekwencje dla systemu i modelu edukacji. A szkoły, jako główne instytucje edukacyjne, już dziś powinny się zmagać z projektami modernizacyjnymi – i powinny widzieć w nich świetlaną dla siebie przyszłość. A tymczasem przed oczyma stają nam zamykane szkoły i zwalniani nauczyciele. To jakieś gigantyczne nieporozumienie!
Szkoły, zamiast stawać się inkubatorami innowacyjności, centrami edukacji, parkami sportu, rozrywki i kultury, zamiast więc generować z siebie, i wokół siebie, nowe i szersze obszary działalności, stają się, w niejednym przypadku, przedmiotem żenujących rozgrywek, a w innych przypadkach są nawet polami bitew.
Jak w epoce „permanentnej edukacji” wytłumaczyć tego rodzaju zjawiska?
To przejawy naszych słabości!
Braku pomysłów!
I co najgorsze – nierozumienia wielu spraw!
Pierwsze dwa „przejawy”, a właściwie wszystkie, dedykowałbym zarządzającym oświatą. Ostatnie zaś – w szczególności – niejednemu samorządowi.
Poza dedykacją ośmielę się także co nieco podpowiedzieć – zwłaszcza samorządom. Ale to przy następnej okazji!