Zajmuje mnie edukacja, a nie polityka, chciałbym więc unikać komentarzy o charakterze politycznym, ale do końca się nie da! Szkolnictwo, rzecz jasna, to element państwa, a wiec też obszar życia podległy rządzeniu, chcąc zatem o nim rozmawiać, a zwłaszcza chcąc go zmieniać, należałoby to czynić wespół z rządzącymi właśnie. Problem w tym, że ci ostatni wcale do tego się nie palą.
REKLAMA
W prasie i w mediach elektronicznych, zwłaszcza w internecie, roi się od tekstów na tematy edukacyjne (i trudno je nawet ogarnąć), ale nie dostrzegam w tym zalewie wystąpień głosów płynących z ministerstwa, kuratoriów czy innych rządowych agend, które tłumaczyłyby społeczeństwu bolączki edukacyjnej czy szkolnej rzeczywistości – a szkoda! Może warto o tym pomyśleć, nie tylko w trosce o wizerunek resortu, ale i opinię publiczną.
Oczywiście, od czasu do czasu pojawiają się "odpowiedzi na pytania", gdy już nie można ich uniknąć (bo niektóre kwestie czy zjawiska szkolne nabierają charakteru głośnych spraw), generalnie jednak „nikt” nie prowadzi owych publicznych wystąpień w jakimkolwiek kierunku, ani nawet nie nadaje im swoistego tonu czy charakteru, co powoduje, że powstająca w tym obszarze dyskursywna „masa krytyczna”, która mogłaby przewidywać czy zapowiadać zmiany, albo chociaż dyskusje na ich temat, jest jedynie umowna. I to dalece umowna!
To dość przykra konstatacja, bo może ona oznaczać, że wysiłki licznych komentatorów, pasjonatów i zwykłych obserwatorów życia szkolnego idą na marne. Niestety!
Dużo mówimy i dużo piszemy o polskiej szkole i edukacji, ale najwyraźniej ta obywatelska aktywność nie spełnia swych podstawowych zadań, albo wykazuje wyjątkową słabość, skoro nie pobudza zainteresowania i reakcji władzy. A zwłaszcza – nie wciąga jej w przestrzeń publicznej debaty, co w gruncie rzeczy oznacza, że debaty takowej nie ma!
Cóż z tego, że można wskazywać na dziesiątki i setki pojawiających się głosów na tematy edukacyjne, że alarmująco, a nawet przeraźliwie rozbrzmiewały niektóre z nich, skoro zarządzający oświatą w cyniczny sposób ignorują te głosy – i nad formami zawiązujących się dyskusji przechodzą do porządku. I nie chodzi bynajmniej o odpowiedzi na zwykłe połajanki czy wyzłośliwiania (bo na takie zaczepki w istocie szkoda czasu), nie chodzi już nawet o szczegóły czy detale (jak podejmowane kwestie gimnazjalnych testów, matur czy najgłośniejszej ostatnio nauczycielskiej Karty), chodzi natomiast o rzeczy zupełnie fundamentalne; powiedziałbym – o edukacyjne imponderabilia.
Skoro w przestrzeni publicznej pojawia się coraz więcej wystąpień na tematy archaiczności, niewydolności czy wręcz iluzoryczności obecnego systemu kształcenia i całego modelu edukacji (a głosy te płyną zewsząd, nie tylko ze strony czepiających się publicystów), to – jako obywatel – chciałbym usłyszeć wyraźną odpowiedź w tej sprawie, płynącą najlepiej z ministerstwa. Jeżeli obecny system kształcenia w dalszym ciągu skutecznie się broni, to niech ktoś zadba o jego społeczną egzegezę i niech nas przekona (albo i oświeci), jakież ma on mocne podstawy, i z czego to wynika, że tak efektywnie służy on edukacji i rozwojowi naszych uczniów.
Może ministerstwo zakłada, że to rzeczy powszechnie znane i nad wyraz oczywiste, może jednak przyjmie do wiadomości uwagę, że to rzeczy raczej trudne do uchwycenia, a jeszcze trudniejsze – do zrozumienia. Chciałbym usłyszeć, jak to się dzieje, i za sprawą czego, że tradycyjny system, od dziesiątków lat praktycznie niezmieniany, świetnie sobie radzi w XXI wieku, że wychodzi naprzeciw oczekiwaniom szkół wyższych i rynków pracy, że wreszcie zadowala samych uczniów i ich rodziców. W czym tkwi sekret tego systemu, że przez tak długie lata gwarantuje sukces? Bo rozumiem, że tak to widzą zarządzający oświatą!
Chciałbym zatem usłyszeć coś w rodzaju exposé ministra edukacji, który uspokoi mnie (i innych wątpiących w ten system obywateli), że polska szkoła naprawdę zyskuje na podtrzymywaniu obecnych rozwiązań i tym samym nie wymaga żadnych fundamentalnych zmian. A jeśli w planach jest modernizacja systemu – czego sobie i wszystkim życzę – to tym bardziej wysłuchałbym założeń na jej temat.
Nie wątpię, że w ministerstwie, i podległych agendach, pracuje się nad wieloma projektami edukacyjnymi (można o nich zresztą tu i ówdzie poczytać), wiem też o rozmaitych zmianach wprowadzanych do szkół (tak w niedalekiej przeszłości, jak i obecnie), jeśli więc stoi za tym wizja jakiejś „całości”, dynamicznie się zmieniającej, i jeśli da się ją przedstawić jako model szkolnej edukacji, który jest, i który nastanie, to może warto zakomunikować to społeczeństwu – z jakiejś poważnej trybuny!
Są poza tym inne kwestie, które od lat kształtują nową sytuację szkolnictwa w Polsce i które warto objaśniać w kontekście rozmaitych spraw. Chodzi oczywiście, z jednej strony, o samorządy, które w latach 90. przejęły odpowiedzialność za funkcjonowanie szkół (ale nie przejęły wraz z tą odpowiedzialnością pełnego nadzoru), z drugiej zaś – o unijne dyrektywy, wobec których i nasze szkolnictwo nie może pozostawać obojętne (na razie dyrektywy te w stosunkowo niewielkim stopniu warunkują funkcjonowanie systemu edukacji na poziomie szkół podstawowych czy ponadpodstawowych, w o wiele większym stopniu dotyczą szkolnictwa wyższego, ale i to jest czynnik, którego nie można tracić z pola widzenia – tzw. europejskie i krajowe ramy kwalifikacji).
Nie ma wątpliwości, że w tych rozwiązaniach, i w tych „uwikłaniach”, kryją się wyjaśnienia niektórych obecnych zjawisk, a nawet niektórych problemów – z modernizacją oświaty włącznie. Być może nawet „tutaj”, w tej nowej sytuacji podziału „władzy” i „możliwości działania”, a więc w sytuacji napięcia pomiędzy „polityką” a realną „mocą” (jak rzecz ująłby Zygmunt Bauman), kryje się sekret wielu dzisiejszych rozwiązań – a właściwie ich braków. To oczywiście kwestie osobne, i bardzo złożone, ale może tym bardziej trzeba je przywoływać i objaśniać.
Bardzo jestem ciekaw, co na to wszystko powiedziałaby Pani Minister?
