Pani Minister mówi do nas „okrągłymi zdaniami”, tymczasem tysiące rodziców, ale i nauczycieli, nie rozumieją, o co naprawdę chodzi w przeprowadzanych reformach! Ostatnio usłyszałem nawet, że „w sprawie 6-latków państwo zawodzi”.
REKLAMA
Uśmiechnąłem się z powodu tego określenia, jakże dzisiaj wymownego. Ale sama „sprawa” nie jest bynajmniej śmieszna!
Minister edukacji narodowej, podobnie jak i inni rządzący, doskonale wie, jakie są mechanizmy zachowań w życiu publicznym (a zwłaszcza na scenie politycznej), zapewne więc liczy się i z tym, że na fali niezadowolenia rozmaite grupy społeczne wykorzystają w krytyce jej resortu wszystko to, co krytykowaniu służy, łącznie z pojawiającym się charakterystycznym językiem.
Teraz na topie jest „dryfowanie” i „zawodzenie”. „Państwo dryfuje” i „Państwo zawodzi”. Nie mam wątpliwości, że właśnie w tej stylistyce, i w tej tonacji, rozbrzmiewać będą kolejne zarzuty pod adresem ministerstwa edukacji narodowej (już rozbrzmiewają!), opozycja wszak wykorzysta każdą nadarzającą się do tego okazję, z rozpoczęciem roku szkolnego włącznie – czego zresztą kilkanaście dni temu byliśmy świadkami.
Co jednak ważniejsze – w sprawach edukacyjnych przybywa też niezadowolonych obywateli, z rodzicami na czele. Ale i na tę kwestię ministerstwo zdaje się nie zwracać specjalnej uwagi. Niestety!
Na pytanie, zadane przez redaktora „Edukacji i Dialogu”:
– Czy potrzebna jest dziś debata na temat modelu polskiej edukacji i przyjęcia nowych priorytetów?
Pani Minister odpowiada tak oto:
– "Jestem przekonana, że określone w obecnej podstawie programowej cele kształcenia i zadania szkoły są odpowiedzią na wymagania współczesnego świata. Również eksperci oświatowi, których opinii zasięgamy, podzielają ten pogląd. Dlatego uważam, że obecnie największym wyzwaniem jest pełne wdrożenie zmian programowych i organizacyjnych zapoczątkowanych w 2009 roku. Szczególnie istotne jest dziś efektywne wprowadzenie nowej podstawy programowej w szkołach ponadgimnazjalnych. A debata? Im więcej będzie mówić się o edukacji, jej celach, efektach i problemach, tym lepiej, bo łatwiej przedstawić swoje argumenty i dotrzeć z wieloma informacjami do społeczeństwa. Zresztą taka debata cały czas toczy się w Sejmie i innych odpowiedzialnych gremiach". [Wypowiedź autoryzowana dla najnowszego numeru „EiD”]
Otóż to! Mamy przyjąć do wiadomości, że obecna podstawa programowa w pełni odpowiada na wyzwania dzisiejszego świata (a więc że polska szkoła nadąża za zmianami cywilizacyjnymi), że podzielają to nawet eksperci oświatowi (warto by poznać ich ekspertyzy, bo znane mi rekomendacje z różnych raportów i strategii mówią coś zgoła odmiennego!), no i mamy jeszcze uznać, że debata o szkolnictwie cały czas się toczy (zwłaszcza w instytucjach parlamentarnych i „innych odpowiedzialnych gremiach”).
***
Edukacja, choć o jej systemie czy ustroju decydują politycy, nie jest tylko sprawą rządzących, ani tym bardziej sprawą ministerialnych urzędników czy członków sejmowych komisji – to oczywiste. Ale niektórzy nasi politycy tak właśnie się zachowują – jakby były to sprawy pozostające wyłącznie w ich gestii i wyłącznie na nich skazane!
Tysiące rodziców nadal nie rozumieją, dlaczego warto posyłać 6-letnie dziecko do szkoły, ale nikt nie chce tej reformy gruntownie wytłumaczyć!
Tysiące rodziców nadal intuicyjnie wyczuwają, że nasze szkoły w wielu przypadkach nie są do tego przygotowane, ale nie podejmuje się rozmów o konsekwencjach tej zmiany – choć wielu domyśla się skrywanych intencji!
Tysiące rodziców nadal intuicyjnie wyczuwają, że nasze szkoły w wielu przypadkach nie są do tego przygotowane, ale nie podejmuje się rozmów o konsekwencjach tej zmiany – choć wielu domyśla się skrywanych intencji!
Tysiące rodziców nadal słusznie się obawiają, że takie rozwiązania, przy złym zaprowadzaniu tej reformy, mogą przynieść wiele szkód, i to bolesnych, a nawet nieodwracalnych, bo chodzi nie tyle o kolokwialnie pojęte dzieciństwo („zabieranie tegoż dzieciństwa”), ile o prawidłowy rozwój umysłowy tych dzieci – ale o tych problemach, związanych choćby z łączeniem 6 i 7-latków w oddziały klasowe, nie dyskutuje się publicznie, ani nawet nie informuje się o tym.
A to są już bardzo poważne zaniechania!
Powiedzmy zatem z brutalną otwartością: w takiej reformie nie może chodzić jedynie o uczniowskie doszacowanie szkół czy poszczególnych oddziałów – i odsuwanie przez to w czasie ich potencjalnej likwidacji (co jeszcze do niedawna było jedną ze skrywanych intencji tej reformy). Wtedy bowiem edukacja najmłodszych przegrywa z demografią, ekonomią i cynizmem władzy. A szkody są nie do oszacowania!!!
W takiej reformie musi chodzić o coś zgoła odmiennego! Ale o co? Niech ktoś to klarownie i jednoznacznie wyjaśni! W tej sprawie obywatelom należy się więcej informacji, a przede wszystkim – więcej fachowej wiedzy! O tym nie wystarczy dyskutować w Sejmie czy w innych „odpowiedzialnych gremiach” (cokolwiek one oznaczają), o tym trzeba informować opinię publiczną. A jeszcze lepiej by było – kształtować w tym względzie świadomość społeczną. A więc edukować!
Tymczasem Pani Minister pisze na rozpoczęcie roku szkolnego w liście otwartym:
„Pierwsze dni września to ważny czas dla kolejnej grupy dzieci sześcioletnich rozpoczynającej naukę w szkole. Nauka pomoże im wykorzystać tkwiący w nich potencjał i rozwinąć zdolności, a uczenie się ułatwi naturalna ciekawość i chęć poznawania świata”.
Pani Minister mówi do nas „okrągłymi zdaniami”, czy to w wywiadzie, czy w liście, i chce, abyśmy w dobrej wierze przyjmowali zapewnienia o słuszności przeprowadzanych reform. No bo dzięki nim polskie szkoły nadążają za zmieniającym się światem.
Ale my słuchamy tego z grymasem na twarzy. I powtarzamy zdania o państwie, które zawodzi. Może bezwiednie?! A może całkiem zasadnie?!
