Chyba nawet wielkim. Nasi wracają z tarczą! Wszyscy zatem możemy czuć się dumni. Ja jednak czuję głębokie zażenowanie. Czegoś innego uczyłem się w Opozycji i Solidarności. Najważniejsze było pytanie o to, co jest naszym własnym zasobem, kapitałem. Jak ten kapitał uruchomić, jak najsensowniej go użyć. Zażenowanie czuję także, gdy słyszę komentatorów, polityków opozycji a także samego Premiera. Ich retoryka nie pozostawia wątpliwości – cały czas chodziło o to, z jakimi nasi wrócą łupami. Szczególnie przykro brzmi to na tle innych przywódców, jak choćby Angeli Merkel. Mówi Ona o strategicznych celach tego naszego wspólnotowego kompromisowego budżetu, jak praca dla młodych czy inwestycja w naukę.

REKLAMA
Jedna z badaczek historii Solidarności z USA pokazała mi wydaną w konspiracji książkę i miała tylko jedno pytanie: Co oznacza ten napis, na okładce z tyłu – 30 zł? Nieco zaskoczony wyjaśniłem, że to cena po której książka była sprzedawana. Z pomocy zagranicznej finansujemy w zasadzie jedynie zakup maszyn drukarskich. Pomoc stanowi około 10-20% całości naszych kosztów. Reszta, to środki własne. W jej otwartych oczach zobaczyłem zdumienie uznanie i szacunek. Była przekonana, że finansowali wszystko. „Teraz rozumiem, dla czego wygraliście. Jesteście jedynym takim ruchem, jaki badałam”. Mogłem jej dodać, że i ten „import” offsetów (maszyna do druku) uznaliśmy za zbędny i przygotowaliśmy ich produkcję na miejscu. Okrągły Stół przerwał, niestety, ten świetnie rozwijający się program.
Podczas różnych studyjnych wyjazdów wpajano nam, że w rządzeniu gminą, regionem, państwem najważniejsze i zarazem najtrudniejsze intelektualnie zadanie to dostrzec docenić i uruchomić własne zasoby. Przestrzegano nas przed syndromem żebraczym. Przywoływano przykłady, gdzie łatwe pieniądze, dotacje, pomoc, tanie łatwe kredyty doprowadziły do chwilowego sukcesu, by następnie przerodzić się w klęskę. My, w naszym kraju, też mamy na to własne powiedzenie: Łatwo przyszło, łatwo poszło. Najnowsza historia nie szczędzi przykładów żebraczego syndromu. Problemy Grecji czy Hiszpanii mają właśnie swoje źródło w łatwych darmowych unijnych pieniądzach. Dlaczego łatwo zdobyte pieniądze mają tak niszczycielską siłę działania? Rzecz w tym, że cały wysiłek intelektualny (jeśli w ogóle uznajemy to za wysiłek) kierujemy na myślenie, gdzie i ile możemy „zdobyć”, „wyrwać”, „dostać, bo nam się należy”. To zwalnia nas całkowicie z myślenia o własnych zasobach i sposobach ich mobilizacji. Jest drugi czynnik , który decyduje, że umiejętność myślenia i wypracowania własnych środków staje się cywilizacyjnym skarbem narodu. Łatwo to zrozumiemy, gdy zadamy sobie pytanie, czy zbudowalibyśmy te stadiony gdybyśmy mieli to sfinansować z własnych środków? Czy budowalibyśmy te absurdalne ekrany i monumentalne bramy przy autostradach? Czy poszlibyśmy w futurystyczne kryte osłony Trasy Toruńskiej? Jest dla mnie oczywiste, że nie. Co ważniejsze, nie tylko o gospodarność tu chodzi. Trzeba bowiem budować autostrady i drogi. Czy jednak na pewno skazani jesteśmy na technologie z ceną 10 ml. za kilometr? Czy potencjalna „zmowa” dotyczy tylko ceny, czy także technologii? Jestem przekonany, że nasze politechniki, instytuty są w stanie opracować nowatorskie techniki i technologie godne wymogów XXI wieku. Trzeba je tylko u nich zamówić. Jeśli nie zamawiamy, będą kształcić jedynie podwykonawców. I to właśnie jest strata, której nie zastąpią żadne żebraczo „zdobyte” pieniądze.
Brukselskie pieniądze wpłyną do naszego budżetu. Otóż pytanie, skąd biorą się pieniądze w budżecie, jest najlepszym testem dojrzałości kultury kraju aspirującego do miana liberalnej demokracji. W naszym kraju nawet sztandarowi liberałowie i konserwatyści odpowiadają, że z podatków. Tylko w USA i niektórych krajach starej protestanckiej Europy usłyszymy, że pieniądze w budżecie pochodzą z pracy i aktywności obywateli. Za tymi dwoma odpowiedziami stoją dwa przeciwstawne sposoby myślenia o rządzeniu państwem. Jeśli bowiem pieniądze pochodzą z podatków, to trzeba mieć rozbudowaną służbę skarbową zdolną do skontrolowania obywateli we wszystkim , co robią i na każdym kroku. Trzeba nałożyć akcyzę i VAT, bo z tego są największe dochody do budżetu. Trzeba wreszcie bacznie obserwować i kreować europejskie programy, z których możemy coś „wywalczyć”, „zdobyć” z całą wojenną retoryką, która temu towarzyszy. Nie trzeba chyba uzasadniać, jaka to prosta, wręcz prostacka strategia. Ona nie wymaga myślenia.
Jeśli pieniądze w budżecie biorą się z aktywności, przedsiębiorczości obywateli, zaczynają się schody dla naszego intelektu. Trzeba bowiem bacznie obserwować, na czym polegają te przeszkody i bariery. Owe „obserwować”, to złożony mechanizm badań i analiz. To trzeba chcieć i umieć robić, bo przeszkody i bariery są bardzo różne. Kiedy już wiemy, co przeszkadza, trzeba znaleźć sposób, żeby to usunąć. To znowu wymaga myślenia i to innowacyjnego. Często raz uruchomiony autorytarny model jest tak trudny do zmiany, że tylko rewolucja lub wojna jest w stanie go przerwać. Dobrą ilustracją takich trudności jest różnica między Europą i USA w kwestii rynku paliw i energii. Podczas studyjnej wizyty w Stanach spytałem, zaskoczony, skąd bierze się tak niska cena benzyny? Odpowiedź była prosta: Nasze bogactwo zawdzięczamy mobilności obywateli. Warunkiem tej mobilności jest tanie paliwo. Żaden Prezydent nie pozwoli sobie na wprowadzenie akcyzy na paliwa. Byłby bunt i impeachment. Podobnie zaskoczyła mnie niska cena energii elektrycznej. Wyjaśnienie było podobne. Cena prądu, to ważny składnik kosztów każdej działalności gospodarczej i nie tylko. Nie wolno jej podbijać podatkami, jak to robicie w Europie. To właśnie ten stan świadomości elit opiniotwórczych i rządzących uważam za warunek bogactwa narodu. Tu u nas, w Europie, nie mogę wyjść z podziwu dla elit duńskiego państwa. Nie mają żadnych własnych bogactw naturalnych. Jedynie pastwiska. A jednak zdołali zbudować nowoczesne państwo, otwarte społeczeństwo, innowacyjną gospodarkę. To nie jest efekt „strukturalnych funduszy pomocowych” . To konsekwentna, zapoczątkowana w XVI wieku, polityka wspierania obywateli w ich działalności na rynkach krajowych i zagranicznych. W ostatnich latach mój szacunek wzbudziły badania Hernando de Soto. Wykazał On, że nawet najbiedniejsze kraje, najbiedniejsze społeczności dysponują ogromnym kapitałem. Jego „wydobycie” i uaktywnienie, to polityczne zadanie tak dla intelektualnej elity, jak i rządzących. Odkrycie, którego dokonał Hernando de Soto jest „kapitalne”, ale wymaga od elity kraju myślenia. Tymczasem, jak wiemy, „myślenie ma kolosalną przyszłość, ale bardzo nas, ludzi, męczy”.
W czym pomogą nam brukselskie łupy? Czy pomogą rozwinąć produkcję kryształów azotku galu? Czy pomogą w badaniach i produkcji grafenu? Mam złą wiadomość. Nie pomogą. Wszystko pójdzie w szkło i beton. Establiszment potrzebuje „piramid”.
PS Jest wiele znakomitych książek, które opisują „syndrom żebraczy” i jego długofalowe konsekwencje. Chciałbym, aby czytelnicy którym bliskie jest to podejście wskazali najnowsze publikacje dotykające tej kwestii. Dla mnie najważniejsi byli autorzy badający problemy barier, jakie rządy i administracja stawia przed obywatelami. Do najciekawszych zaliczam Kennetha Galbraitha, Istota masowego ubóstwa oraz wspomnianego Hernando de Soto, Tajemnica kapitału i wcześniejszy Inny szlak.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?