Chyba nawet wielkim. Nasi wracają z tarczą! Wszyscy zatem możemy czuć się dumni. Ja jednak czuję głębokie zażenowanie. Czegoś innego uczyłem się w Opozycji i Solidarności. Najważniejsze było pytanie o to, co jest naszym własnym zasobem, kapitałem. Jak ten kapitał uruchomić, jak najsensowniej go użyć. Zażenowanie czuję także, gdy słyszę komentatorów, polityków opozycji a także samego Premiera. Ich retoryka nie pozostawia wątpliwości – cały czas chodziło o to, z jakimi nasi wrócą łupami. Szczególnie przykro brzmi to na tle innych przywódców, jak choćby Angeli Merkel. Mówi Ona o strategicznych celach tego naszego wspólnotowego kompromisowego budżetu, jak praca dla młodych czy inwestycja w naukę.
Brukselskie pieniądze wpłyną do naszego budżetu. Otóż pytanie, skąd biorą się pieniądze w budżecie, jest najlepszym testem dojrzałości kultury kraju aspirującego do miana liberalnej demokracji. W naszym kraju nawet sztandarowi liberałowie i konserwatyści odpowiadają, że z podatków. Tylko w USA i niektórych krajach starej protestanckiej Europy usłyszymy, że pieniądze w budżecie pochodzą z pracy i aktywności obywateli. Za tymi dwoma odpowiedziami stoją dwa przeciwstawne sposoby myślenia o rządzeniu państwem. Jeśli bowiem pieniądze pochodzą z podatków, to trzeba mieć rozbudowaną służbę skarbową zdolną do skontrolowania obywateli we wszystkim , co robią i na każdym kroku. Trzeba nałożyć akcyzę i VAT, bo z tego są największe dochody do budżetu. Trzeba wreszcie bacznie obserwować i kreować europejskie programy, z których możemy coś „wywalczyć”, „zdobyć” z całą wojenną retoryką, która temu towarzyszy. Nie trzeba chyba uzasadniać, jaka to prosta, wręcz prostacka strategia. Ona nie wymaga myślenia.
