REKLAMA
Katoliccy hierarchowie codziennie wypowiadają mnóstwo – delikatnie mówiąc – kontrowersyjnych słów. Na większość z nich nie ma sensu zwracać uwagi. Są jednak i takie, na dźwięk których winno zapalać się nam w głowie czerwone światełko. Dlatego wsłuchajmy się w ostatnią wypowiedź „liberała” arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, że Kościół winien być duszą państwa. Że bez jego duchowych wartości ciało państwa umiera. I że te dwie instytucje są na siebie zdane.
Najpierw cytat. Przepraszam – długawy.
„(..) Stawiając pytania o kształt demokracji w kontekście polityki Kościoła trzeba też stwierdzić, że żadna z kolejnych ekip politycznych, łącznie z obecną, nie była od Kościoła niezależna. Wszystkie próbowały wykorzystać jego wpływy i same były przezeń wykorzystywane. Fakt ten zresztą na długą metę nie działa na jego korzyść. Dramat polskiego Kościoła polega na tym, że opinia publiczna nigdy do końca nie wie, kto kim manipuluje w osiąganiu własnych celów: Kościół elitami politycznymi czy elity Kościołem. Polityka jest jednak bezwzględna. Elity zmieniają się i odchodzą, a Kościół za uwikłanie się w grę o władzę i wpływy płaci spadkiem autorytetu moralnego i rozczarowaniem wiernych, którzy nie akceptują sprzeczności między głoszonym credo a praktyką. Kościół coraz częściej odbierany jest nie jako sfera obecności sacrum i miejsce duchowego rozwoju człowieka, a bardziej jako instytucja polityczna z żelazną konsekwencją osiągająca zamierzone cele.
Od 1989, gdy rząd Tadeusza Mazowieckiego niemal ukradkiem wprowadził religię do szkół, Kościół nieustannie badał granice ustępstw słabego państwa. Podstawowe pytania ginęły w marginalnych sporach o stopnie na cenzurce. Później przyszły odrębne umowy o zwrot dóbr i koncesje. Podobnie było z problemem aborcji, gdzie miesiącami kłócono się o niedefiniowalne podejścia czy z zapisem o wartościach chrześcijańskich. Wszystkiemu towarzyszyły nieustanne naciski polityczne i brak ustępstw ze strony kościelnej. Żadnego kompromisu. „Atakiem” nazywano każdą nawet nieśmiałą krytykę. Kreowano całkowicie sztuczny podział na „klerykałów” i „antyklerykałów”. Uporczywie wmawiano opinii publicznej, że tam, gdzie trwa nieprzerwany monolog, mamy do czynienia z dialogiem. Próbowano wreszcie wprowadzić do świadomości społecznej obraz „wroga” Kościoła, który jednoznacznie miał być kojarzony z osobami żywiącymi sympatie lewicowe. (..)
(..) Nie ma w Polsce żadnego znaczącego [rządzącego] ugrupowania czy polityka, który miałby na tyle odwagi, by zaryzykować konflikt z Kościołem. Jeśli nie w imię obrony procedur demokratycznych i prawa, to choćby w imię osamotnionej opinii publicznej. (..)
(..) Instytucje demokratyczne uzależnione od grup nacisku [w tym wypadku Kościoła] stają się martwe i tracą szacunek społeczny. Dla państwa nie ma zaś nic gorszego niż to, że obywatele postrzegają je jako państwo słabe. W przyszłości natomiast przegra sam Kościół, w którym będzie pogłębiała się rażąca przepaść między rolą polityczną a rolą przewodnika duchowego. Enigmatyczny, lansowany w kołach politycznych, zapis konstytucyjny o autonomii i jednoczesnej współpracy Kościoła i państwa jest tak niejasny, że od razu stanie się przyczyną sporów interpretacyjnych. Pora zrozumieć, że jasne i precyzyjne oddzielenie Kościoła od państwa jest podstawą demokracji. (..)”.
Uff. Konia z rzędem temu, kto zgadnie ile lat ma ten cytat. Pochodzi sprzed dwu dekad! Powtarzam, żebyśmy wyobrazili sobie ten kawał czasu – dwu dekad! Jedna piąta stulecia! To fragment mojego tekstu „Na wieki wieków” na temat ratyfikacji konkordatu zamieszczonego w tygodniku „Wprost” (13 marca 1994). Przytaczam go, aby pokazać, że w ciągu tych 20 lat w stosunkach państwo-Kościół nie zmieniło się absolutnie NIC. Dodając tylko kilka innych słów mógłbym ten tekst napisać i dzisiaj. Mechanizmy i postawy zostały dokładnie takie same. Jest nawet gorzej. Wypowiedź arcybiskupa Gądeckego to nie tylko dowód na prawdziwość tej tezy, ale po prostu jawna i skandaliczna kpina ze świeckiego państwa. Takie słowa może powiedzieć tylko ktoś, kto nie ma pojęcia o istocie demokracji. Lub co gorsze, a podejrzewam, że w tym przypadku prawdziwe – ma, ale całkiem słusznie uważa, iż jego pozycja jest tak silna, że za przemycanie podobnych tez nie spotka się z żadną reakcją najważniejszych osób w państwie. Dowodzi też ona – najmocniejsze słowa od lat padają zawsze we wcale niereligijne rocznice czy święta! – że hierarchowie nigdy się nie zmieniają. Natomiast różnym publicystycznym niedowiarkom i wiecznym optymistom szukającym w Kościele „liberałów” pokazuje, że winni udać się do psychologa, aby wyjaśnił im mechanizm projekcji i myślenia życzeniowego.
Jednak nie opinia publicystów jest najważniejsza. Chodzi o polityków. Czy ktoś z obecnie rządzących odniósł się do tej wypowiedzi? Spróbował choćby nieśmiało pisnąć, że arcybiskup brutalnie mówi świeckiemu państwu, co ma robić? Ktokolwiek w rządzie i w Pałacu Namiestnikowskim pomyślał o ateistach czy tych, których w ogóle nie interesuje kwestia Boga i wiary? Oni też tu mieszkają. Choć rozumiem, że powinni jak najszybciej wyjechać. To polityczne tchórzostwo oddaje nasze prywatne życie i – nie wstydźmy się tego słowa: zwykłą ludzką wolność – w pacht ludzi pokroju Gądeckiego, Głódzia, Hosera, Michalika czy Rydzyka.
Hierarcha liberał? Nieznany poszukiwany. Kościół nie zna pojęcia liberalizmu. To tylko media próbowały szukać biskupów liberałów. Na siłę określano tym mianem raz tego raz innego w rozpaczliwej próbie znalezienia choćby cienia nowoczesnej twarzy polskiego katolicyzmu. Nie wyszło. Bo po kolejnej skandalicznej wypowiedzi nawet ci najbardziej przychylni hierarchii musieli jednak wycofywać się rakiem. Dziś o „liberałach” w tym środowisku mogą mówić tylko ludzie mający problem z widzeniem rzeczywistości. I pamięcią.
Dwie dekady. I dalej jesteśmy jak dzieci we mgle. Bezradni wobec nieustannej ekspansji Kościoła. Ciągłych dyskusji zastępczych. Mówienia państwu, co ma robić. Tych samych brutalnych manipulacji słowami i emocjami. I ciężkiego jak wyrzut sumienia strachliwego milczenia kolejnych ekip politycznych. Najgorsze jednak, że za kolejne 20 lat – idę o zakład – zrobimy dokładnie takie same podsumowanie. Z takim samym skutkiem. W tym samym punkcie.
Mylił się chyba mądry Grek z Efezu mówiąc, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, gdyż ta wciąż płynie. Można. Bo nasza wbrew wszystkiemu i całemu światu tkwi w miejscu. Jak Kościół i nasi kolejni włodarze.