Obrażanie innych nie jest korzystaniem z wolności słowa i wolności religijnej”. Konia z rzędem temu, kto zgadnie nazwisko autora tej rozsądnej uwagi. Oczyma wyobraźni widzimy obrońcę ludzkiej godności, osobę tolerancyjną i uprawiającą namysł etyczny nad patologiami życia społecznego czy politycznego. Ucieleśnienie miłości i współczucia. Dzisiejszego świętego Franciszka, Jezusa, a może – Buddę?
REKLAMA
Ech, niepoprawni marzyciele! Cytat pochodzi z opublikowanego na łamach portalu Fronda.pl tekstu Krystyny Pawłowicz. Autorka wzywa w nim do bojkotu Dni ateizmu. Organizują je „ludzie chorzy na nienawiść do religii, polskiej tradycji chrześcijańskiej, Kościoła”. Ponadto „osoby te grzeszą ogromną pychą”. Nikt o nich nie słyszał, ale w swoim „zadęciu” mają czelność się wychylać i coś tam majstrować. Organizatorzy są oczywiście „finansowani z zewnątrz”. Czytaj – przez Unię Europejską. To spisek. Ale „polskie społeczeństwo słynie ze swojej tolerancji także dla niewierzących”. Mimo to Pawłowicz wysyła ateistycznych kocmołuchów i nieudaczników za miasto, gdzie mogą sobie hasać do woli. Jeśli uznają, że mają tam za mało miejsca, proponuje im wyjazd na Białoruś lub do Rosji. W dodatku autorka skarży się, że na taką „hucpę” zgadza się „posiadająca [swego czasu] bezpośrednie kontakty z Duchem Świętym” prezydent Warszawy. Uff, uff, uff. Liczą się dobre kontakty i miłość bliźniego.
Poważnie. Artykuł Pawłowicz w niczym nie wychodzi poza znany schemat polegający na wplataniu w tekst stwierdzeń rozsądnych – jak choćby cytowane na początku – z którymi zgodzi się każdy normalnie myślący człowiek. Dlatego tu i ówdzie, choć bez zbytniej przesady głaszczemy tych, o których piszemy, ale tylko po to, aby za chwilę im dokopać. Uznajemy oczywiście ich prawa, bo jako chrześcijanie jesteśmy wszyscy diabelnie (sic!) tolerancyjni, ale gdy przeczytasz całość i tak musisz odnieść wrażenie, że chodzi o porąbańców i szaleńców. Niegodnych „Narodu”, na który powołuje się autorka. Podpierając go jak zwykle dużą literą, bo pisany z małej mógłby zawalić się pod ciężarem własnego majestatu. W końcu trzeba – dla ich własnego dobra – zakazać im działalności i pacnąć po głowie. Nienawiść? Ja? A skądże znowu? Autor jest przecież pełen miłości. Nienawiścią kierują się tylko ci, o których pisze, a których sam do miłości wzywa. Warto jednak przy okazji postraszyć prokuratorem – niech „zbada pod kątem prawnym” aktywność tych obwiesi. Skąd mają kasę? Kij i marchewka. Nie dziwmy się jednak autorce. Całkiem niedawno Lech Wałesa człowiek, przy którym politycznie sama jest małym robaczkiem, publicznie mówił o sadzaniu homoseksualistów w ostatnim rzędzie. Albo w ogóle poza sejmem. W każdym zwyczajnym kraju po takiej wypowiedzi nawet jego potężna legenda byłaby skończona. Ale nie tutaj. „Pod skrzydłami” takich gigantów własną werbalną przemoc mogą uprawiać Pawłowicz i jej podobni.
Psychologia dobrze już zna mechanizm obronny projekcji. Najbardziej ogólnie mówiąc polega on na widzeniu w innych naszych własnych cech czy sposobów zachowań. Nomen omen – najczęściej negatywnych. Osobie stosującej ten mechanizm świat często jawi się jako zagrożenie. Możemy projektować własne cechy, które znamy lub takie, których nie jesteśmy świadomi – w obu przypadkach zresztą ponosimy tą samą odpowiedzialność. Dlatego zdarza się, że ci, którzy najbardziej nienawidzą, będą ci wciskać, że sam dyszysz nienawiścią. Nie rozumieją, dlaczego gdy klną się na wszystkie świętości, że kochają cię nad życie, ty już słyszysz w powietrzu pobrzęk dobywanych zza pazuchy noży.
Jeden z największych pisarzy XX wieku Bruno Schulz pisał w „Sklepach cynamonowych”, że bywa, iż w potoku dni i zdarzeń zidiociały czas rodzi nagle fałszywy trzynasty miesiąc. Miesiąc zwyrodniały. Narośl. Burchel. Krystyna Pawłowicz jest właśnie takim fałszywym trzynastym miesiącem. Naroślą zrodzoną przez zidiociały politycznie czas, w którym do rangi postaci urastają ludzie znikąd. Sami znaczą bardzo niewiele, ale mając za sobą siłę polityczną, zaczynają wierzyć, że są kimś ważnym. Dla swoich wyznawców stają się głosem sumienia. Czasem, jak uczy historia, niezwykle groźnego.
Dziś Krystyna Pawłowicz może sobie tylko popisywać w prawicowym portalu, pohukiwać w sejmie czy pokrzykiwać na zebraniach ludzi jej pokroju. Pamiętajmy jednak, że jeśli PIS wygra wybory – a PO robi dosłownie wszystko, by wygrał – może zostać wicepremierem, ministrem dziedzictwa narodowego albo sprawiedliwości. Niekoniecznie tej związanej z prawem. Z jednej strony taki rozwój wydarzeń będzie oznaczać katastrofę. Ale z drugiej – ostateczny dowód na nieistnienie Boga. Przynajmniej tego w postaci wszechobejmującej miłości i miłosierdzia. Bo za co miałby nas tak doświadczać?
W tym sensie obecność Pawłowicz w polityce jest rzeczą jak najbardziej potrzebną. Ateiści winni życzyć jej wszystkiego najlepszego, bo trudno o lepszego gwaranta słuszności ich poglądów.
