REKLAMA
Myślisz, że tytułowe pytanie padło podczas mszy niedzielnej. Zadał je gospodarz programu w telewizji Trwam albo Religia.tv. Nic podobnego. Rzuciło mi się w oczy wczoraj …nalepione ogromnymi literami na tylnej szybie prywatnego auta. Co miał na myśli właściciel? Do jakiego wysiłku intelektualno-duchowego chciał namówić jadących za nim kierowców? Czy takich jak ja – zwykłych przechodniów? Równie dobrze mógłby – wzorem reklam z głośną jak diabli muzyką, gdzie manekin-kelner jednym i tym samym automatycznym ruchem rozdaje pizzę – wozić za sobą na przyczepie szopkę bożonarodzeniową. Mały Jezusek ciągle rodziłby się na nowo. W takim wypadku pytanie brzmiałoby nawet bardziej dobitnie.
Czytam właśnie doskonały artykuł poświęcony procesowi człowieka stojącego na czele bandy Ku Klux Klanu, która w 1964 roku w prowincjonalnym miasteczku brutalnie zamordowała trojkę młodych obrońców praw człowieka. O zdarzeniu w luźny sposób opowiada słynny film Alana Parkera „Mississippi w ogniu”. To głębokie – i bardzo religijne – amerykańskie Południe. Autor tekstu po czterdziestu latach wraca do miasteczka. Pierwsze, co rzuca mu się w oczy to ustawiony przy wjeździe ogromny różowy znak z napisem „Jezus jest Panem”.
Uprzedzę krytykę – nie podejrzewam właściciela auta o krwiożercze zamiary. Pewnie nawet nie słyszał o tym, co jeszcze pół wieku temu wyprawiali głęboko wierzący ludzie w amerykańskim hrabstwie Neshoba. W obu wypadkach jednak mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem: ostentacyjnie głoszoną w przestrzeni publicznej postawę religijną. Żeby było jasne – nie mam nic przeciw. Wolny kraj – nikomu nic do tego, co wypisujesz na szybie własnego auta. Możesz nawet imię Jezusa napisać sobie na czole. Coś jednak tu razi. Rozumiem – maznąć takie pytanie na murach Rzymu w czasach, gdy chrześcijanie żyli w katakumbach. Byłby to akt odwagi. Wciąż tu jesteśmy! Ale dziś?
XIII-wieczny japoński mistrz zen Dogen pisał w swoim dziele „Shobogenzo”: „Praktykuj tak, aby nikt o tym nie wiedział”. Księga ta zdaniem wielu – nie tylko Japończyków, ale i ludzi Zachodu – jest jednym z największych dzieł religijnych, jakie kiedykolwiek napisano. Autora jednym tchem i całkowicie zasłużenie wymienia się obok mistrza Eckharta. Choć może w tym wypadku nie pytajmy o zdanie naszych rozpolitykowanych hierarchów i teologów.
Nawet jeśli sami nie wierzymy wciąż napotykamy dwa podejścia do praktyki religijnej. Jedni chcą się afiszować. Krzyczą, jacy to oni religijni. Inni – wolą spotykać się z przedmiotem swojej wiary w ciszy i milczeniu. Mamy więc dwie postawy i dwa sposoby uprawiania religii. Istotę pierwszego trafnie opisał Fiodor Dostojewski w „Braciach Karamazow” w rozdziale „Wielki inkwizytor”. „Chodźcie i pokłońcie się naszym bogom. A jeśli nie to śmierć wam i waszym bogom”. To droga przemocy i zakrzyczenia innych. Drugi opisują słowa średniowiecznego Japończyka. Wiara skierowana do wewnątrz. Nie żebyś chował ją gdzieś za pazuchą. Mówisz o niej głośno i bez lęku, ale po prostu traktujesz ją bardziej po ludzku – w sposób intymny.
Mało ci własnej religii, że musisz się z nią obnosić wypisując pytanie na szybie auta? Chcesz żebym się nad nim zadumał? Skąd jednak wiesz czy ma ono dla mnie jakieś znacznie? Bo jest egzystencjalnie ważne tyko i wyłącznie dla ludzi wierzących. Nie ma absolutnie żadnego sensu dla osoby niewierzącej. Dla niej jest tym samym, co nieśmiertelne i kiczowate pieski bezmyślnie kiwające główkami zza tylnej szyby auta. W ten właśnie sposób niezwykle istotne dla wielu wierzących pytania stają się werbalnym śmieciem. Egzystencjalnym gruzem. Karykaturą. Tym samym, co wetknięta za wycieraczkę reklama najbliższej agencji towarzyskiej. A nawet – gorzej. Bo tą drugą ten i ów przynajmniej chętnie schowa do portfela.
Nie sądzę, by właściciel auta znał słowa japońskiego myśliciela religijnego. I nie o to chodzi. Żyjemy jak mówi Jan Hartman w „państwie półwyznaniowym”. Religia i fałszywy patriotyzm na wszystkich sztandarach. Od ćwierćwiecza żadna władza nie śmie pisnąć słowa w obronie świeckości państwa. Ważne pytania mieszają się i rozmywają w nalepianych byle gdzie religijnych sloganach oraz pracowicie wbijanych nam do głów korporacyjnych i politycznych idiotyzmach. Religia staje się towarem, który możesz umieścić za wycieraczką. Liczy się ilość. 130 procent praktykujących wierzących. I tak za mało! Atmosfera społecznego przyzwolenia pozwala jakiemuś nawiedzonemu cymbałowi na ustawienie w przedszkolu „skrzynki cnót” Jana Pawła II i wywieranie psychologicznej presji na dzieciaki, aby co miesiąc wrzucały do niej karteczkę z wybraną cnotą papieża. Można być pewnym, że nigdy nie skierują się one ku żadnej sferze religijnej. A jeśli nawet to, po takim praniu mózgu, wybiorą pierwszy sposób jej uprawiania.
Chyba że jako dorośli pokażą religii środkowy palec po czym nakleją na szybie auta pytanie: „Czym jest dla ciebie ateizm?” I nie czekając na odpowiedź wcisną gaz. Mam nadzieję, że nie zderzą się z właścicielem wspomnianego samochodu.