REKLAMA
W kwestii Ukrainy powinniśmy mówić językiem przystającym do rzeczywistości. I to z dwóch powodów. Po pierwsze – z szacunku dla samej niezwykle dramatycznej sytuacji Ukraińców, którym w brutalny sposób zaanektowano kawałek ich państwa. Po drugie – żeby poprzez język nie tworzyć fałszywej rzeczywistości.
Codziennie dziesiątki razy słyszymy słowo „sankcje”. Odnosi się je do wprowadzonych przez UE i USA – ostatnio także Australię – zakazów wjazdu oraz zablokowania kont bankowych osób odpowiedzialnych za przyłączenie Krymu i Sewastopola do Rosji. Swoją drogą, dlaczego na listach nie ma Putina? Mówi się o jakichś absurdalnych trzech poziomach „sankcji” unijnych. Na naszych oczach powstaje koszmarny miszmasz językowy, który absolutnie niczego nie opisuje. Nic bardziej błędnego, niż określenie „sankcja” używane w stosunku do wspomnianych posunięć. Jaką „sankcją” jest zakaz wjazdu dla ludzi, którzy dziś śmieją się w kułak, bo w ogóle się do UE czy USA nie wybierali? Jaką – zamknięcie kont, na których zostało pewnie mniej niż na moim? Polecam zamieszczoną 10 marca w „Polska The Times” dogłębną analizę polityki Baracka Obamy autorstwa dwu publicystów „The Times” Toby’ego Harndena i Bojana Pancevskiego „Dlaczego USA i Zachód oddają pole Putinowi”. Autorzy dowodzą, że amerykański prezydent nigdy nie podejmuje stanowczych decyzji. Tak jest i tym razem. Znany dobrze i w Polsce brytyjski dziennikarz Roger Boyes słusznie pisze, że paru doradców Putina po prostu nie kupi kochankom apartamentów w prestiżowej londyńskiej dzielnicy Kensington.
Wyrwało się doradcy prezydenta Jarosławowi Kuźniarowi, iż wszystko to jest „delikatnie mówiąc śmiechu warte”. Ciekawe jakich słów by użył, gdyby nie chciał być delikatny? Również Donald Tusk, może nieopatrznie, „wygadał” się, że właściwie nie chodzi o sankcje, lecz „elementy nowej architektury stosunków transatlantyckich”. Współczuję premierowi, bo musi robić dobrą minę i nie przyznawać się do jednego – walenia głową w mur europejskiego i amerykańskiego egoizmu oraz zwykłej krótkowzroczności. Nazwiemy „sankcją” cofnięcie Putinowi zaproszenia na obchody 70. rocznicy lądowania aliantów w Normandii? Zresztą i tak chyba wciąż go nie cofnięto!
Kroki podjęte przez UE i USA nie są żadnymi sankcjami. To zaledwie kilka decyzji politycznych, które mają uspokoić sumienie demokratycznego świata i opinii publicznej – oto coś robimy, gdy w istocie nie robimy nic. Jedynym poważnym krokiem byłoby – podkreślają to wszyscy eksperci – jak najszybsze doprowadzenie do podpisania negocjowanej umowy o handlu UE-USA oraz zezwolenie na sprzedaż amerykańskiego gazu łupkowego. Twarde decyzje NATO. I rozpoczęcie prac nad jeszcze ściślejszym powiązaniem krajów Europy – łącznie nawet z przyszłą wspólną armią. Wiem – potrwa bardzo długo. Ale to żaden argument, bo efekt zobaczymy już w chwili ogłoszenia.
Jeśli chcemy używać słowa „sankcje” używajmy go w stosunku do już ogłoszonego zawieszenia starań Rosji o przystąpienie do OECD. Zawieszenia jej udziału w pracach grupy G-7. Czy choćby wojskowej współpracy NATO – Rosja. To właśnie są kroki, przy których ten czy ów w Rosji – choć nie sam Putin – przez chwile pomyśli. W każdym innym wypadku UE i USA trąbiąc o „sankcjach” narażają się po prostu na śmieszność. O „wspólnych wartościach” już miłosiernie nie wspominając.
Jest coś głęboko tragicznego w mydleniu oczu przede wszystkim Ukraińcom, ale i międzynarodowej opinii publicznej. Może paradoksalnie lepiej byłoby w ogóle zatrzymać się na słowach potępienia, bo są dokładnie tyle samo warte, co obecne „sankcje”. O prawdziwych sankcjach mówmy, gdy je podejmiemy. Oby na obecnym unijnym szczycie! Ukraina jest zdana przede wszystkim na siebie. Wiem – to okrutne. Nie pomoże jej Angela Merkel, dla której postępujący z zimnym wyrachowaniem kagiebisty Putin „nie ma kontaktu z rzeczywistością”. Choć spierałbym się, kto właściwie kontakt ten utracił. Nie pomoże Hollande, bo w końcu – mimo że coś wreszcie przebąkuje – i tak sprzeda Rosjanom swoje Mistrale. Nie pomoże Cameron. Nie pomoże Obama, gdyż od początku stwierdzał, że USA nie będą żandarmem świata. Putin swoim mającym wywołać strach międzynarodowej opinii publicznej, stanowiącym stek bzdur, świadomie butnym i brutalnym wystąpieniem, napluł tym politykom w twarz. I co? Nic. Warto przywołać słowa Czesława Miłosza bodaj ze „Zniewolonego umysłu”, że obudzą się wtedy, gdy syn stepów kirgiskich będzie pasł konie nad Loarą.
Rosja już destabilizuje wschodnie i południowe obwody Ukrainy. Zaczyna działać w Naddniestrzu. Jutro przyjdzie czas na Kijów. Kto pierwszy tam wejdzie, otrzyma zakaz wjazdu do UE i USA. Bo tylko na takie „sankcje” stać naszych macherów politycznych.
Warto jednak czynić chociaż jedno – opisywać rzeczywistość właściwymi słowami. Inaczej tworzymy fikcję, w którą sami zaczynamy wierzyć. Metarzeczywistość zastępuje tą, w której faktycznie żyjemy. To samo dotyczy świata dzisiejszej geopolityki. Ośmieszamy samych siebie, a zwodzimy przede wszystkim – i to jest największy dramat – samych Ukraińców czekających na sankcje we właściwym tego słowa znaczeniu.