REKLAMA
Biednemu Kazimierzowi Łyszczyńskiemu, autorowi XVII-wieczego traktatu zaprzeczającego istnienu Boga, zapewne nigdy nie wpadło do głowy, że przyjdzie mu umierać nie raz i nie dwa. Zapowiada się śmierć powtarzana aż do bólu i znudzenia. Ten wybitny i niesłychanie odważny nie tylko jak na swoje czasy ateista-myśliciel będzie umierać do końca świata.
Dokonana w ostatnią sobotę na rynku warszawskiego Starego Miasta egzekucja Łyszczyńskiego każe raz jeszcze postawić pytanie o sens scen rekonstrukcji historii. Czy imitowanie agresji, nienawiści i przemocy – a tak przecież wyglądał sobotni happening – jest istotnie dobrym narzędziem przekonywania do swoich racji? Rekonstrukcje historyczne każą też postawić jeszcze inne znacznie ważniejsze pytanie – o sens uczestnictwa w kulturze trywializacji śmierci.
„Moda” na tego typu odgrywanie znanych z historii scen zaczęła się na poważnie wraz z promowaną przez PiS polityką historyczną. W sposób niesłychanie cyniczny zagrano na autentycznych emocjach młodych ludzi. W końcu historia płynie przez nasze geny. Tłumy młodziaków zaczęły biegać po ulicach miast imitując walki Powstania Warszawskiego. Nic że w ten sposób promowano mit narodowego szaleństwa zamiast zwykłej rozwagi i rozumu. Nic że dla wielu widowisko okazywało się po prostu niesmaczne. I nic że w końcu może nie tak powinno się czcić pamięć dwustu tysięcy zabitych Polaków. Do polityki historycznej dołączyli też – o hańbo tej muzyki buntu! – niektórzy polscy muzycy rockowi. Byliśmy świadkami historycznej manipulacji historią.
Żeby było jasne – jestem zwolennikiem sposobu myślenia Jana Hartmana. Pod wieloma jego tezami dotyczącymi klerykalizacji życia społecznego podpisuję się obiema rękami. Wypowiedź profesora cytowałem we własnym zamieszczonym na tym portalu felietonie „Pawłowicz to dowód na nieistnienie Boga”. Jednak mój sprzeciw budzi nie tylko widoczna w sobotnim happeningu otoczka polityczna. Hartman staruje przecież do Parlamentu Europejskiego. Ale właśnie przede wszystkim fakt włączenia się przez szanowanego filozofa i organizatorów ważnych Dni Ateizmu do kultury trywializacji śmierci. A wręcz do jej tabloidyzacji.
Umazany ketchupem czy farbą Jan Hartman dał z siebie wszystko i okazał się świetnym aktorem. Kto wie czy nie jest tu lepszy, niż w nowej dla siebie roli polityka. Rozumiem, że chodzi o protest. Chęć zwrócenia uwago na sytuację ateizmu oraz rolę, jaką odgrywał i odgrywa Kościół katolicki w brutalnym tępieniu tego typu postaw. O sprzeciw wobec promowanego przez prawicowy plankton etyczny pomysłu wysyłania ateistów do Rosji i na Białoruś. W jego pojęciu zresztą zakazane winno być wszystko, co nie jest zgodne z jego obrazem świata. I że chodzi wreszcie o godne miejsce wszelkich odmiennych sposobów życia czy wyznawanych przekonań. To rzeczy fundamentalne, o których trzeba teraz – i jeszcze zapewne przez jedno czy dwa pokolenia – ciągle przypominać.
Każdemu wolno rekonstruować sceny historii. Pomijając już wymienione kwestie domyślam się jednak, że paradoksalnie happening obrócił się przeciw organizatorom Dni Ateizmu. Cała uwaga opinii publicznej skupiła się nie na wielu poważnych imprezach i wykładach, lecz na nieszczęsnej odciętej i zakrwawionej głowie biednego Łyszczyńskiego oraz umazanym Hartmanie we włosiennicy.
Strywializować można wszystko. Nie tylko śmierć wybitnego XVII-wiecznego intelektualisty czy dwustu tysięcy Polaków. Niekoniecznie jednak trzeba. Możemy się zgadzać na życie w kulturze banału, ale możemy też ją odrzucić. Nie każdą papkę musimy jak przedszkolak grzecznie połykać. Głowa Kazimierza Łyszczyńskiego będzie spadać co roku. Jednak śmierć to nie zabawa. Także dla ateisty. Ani tym bardziej dla tych, którzy cynicznie co roku w sierpniu wypuszczają na ulice tłumy młodych ludzi machających bez sensu gnatami z drewna. Koniecznie w opaskach z godłem Polski Walczącej, żebyśmy przypadkiem z nikim ich nie pomylili.
Całkiem niedawno w USA i krajach zachodnich pojawiło się nowe zjawisko kulturowe „Death over Dinner”. Rodziny czy przyjaciele zbierają się przy skromnej kolacji i rozmawiają na temat śmierci. W każdym aspekcie. Chodzi o przełamanie kulturowego tabu. Kto wie czy zamiast kolejny raz odcinać głowę Kazimierzowi Łyszczyńskiemu i straszyć nas jej zakrwawioną atrapą nie warto zacząć takiej rozmowy w Polsce. Zarówno wśród ateistów, jak i wierzących.