REKLAMA
Bywają teksty, gdzie stężenie nieskrywanej nienawiści, pogardy, szyderstwa i zwykłej chęci dokopania adwersarzowi, przybiera tak obezwładniające rozmiary, że człowiek zastanawia się czy w ogóle na nie reagować. Jednak – trzeba. Nawet nie po to, aby polemizować z poglądami autora, lecz, by nie pozwolić mu bezkarnie tytłać w błocie tych, których z sadystyczną rozkoszą doń wciska. Do takich tekstów należy opublikowany na jej blogu w „Rzeczpospolitej” felieton Anny Kozickiej-Kołaczkowskiej „Marsz ateistów, czyli ścinanie głowy”.
Kilka dni temu, chociaż z kompletnie innych powodów, krytykowałem tutaj rekonstrukcję egzekucji ofiary prześladowań religijnych Kazimierza Łyszczyńskiego. Byłem i jestem przeciwnikiem takich „powtórek” historii. Jednak moja krytyka w niczym nie dotyczyła samego marszu czy przekonań autorów rekonstrukcji. Nigdy nie dosyć powtarzać, że w demokracji to większość ma zapewniać prawa mniejszości.
Anna Kozicka-Kołaczkowska nie sili się na oryginalność czy subtelność. Uczestnicy marszu to przebierańcy. Z papieru toaletowego lepią jakieś głowy. Wszystko po to, aby uczcić pamięć „nieznanego nikomu polskiego szlachcica”. Od początku wszystko jest jasne – ot, pojawiła się banda pragnąca uczcić pamięć jakiegoś szlachetki obdarzonego mózgiem stwardniałym jak beton. Łyszczyński? Coś tam skrobnął o nieistnieniu Boga? Wolne żarty. Autorka od razu z rzeźnickim tasakiem w ręku przechodzi do rzeczy i sprowadza ją do absurdu. Nie chodzi o zwykłych ludzi, lecz o „zafascynowanych gilotyną” „ateuszy” i „lewaków”. Gilotyna służyła przecież ścinaniu katolickich głów. Mało? Ateiści odpowiadają też za „socjalistyczne obozy zagłady, gazy bojowe, broń biologiczną oraz krematoria”. Tak to bezbożni tępili miliony chrześcijan. Winni są wszelkim zbrodniom. Dalej mało? Ateiści wkradli się także do słynnego filmu „Kabaret”, gdzie jeden z nich przemienił się w śpiewającego „Tommorow Belongs To Me” aryjskiego cherubinka w narodowo-socjalistycznym mundurku. Ergo – odpowiadają również za nazizm.
Zostało coś za co nie odpowiadają? W ten sposób Kozicka-Kołaczkowska wychodząc z faktu zwykłej manifestacji ludzi wyrażających po prostu własne poglądy, przejechała swoim intelektualnym walcem po całej historii. Obdzieliła ich przy tym sporą liczba kopniaków. Nie dziw, że zatroskała się o los dzieci, które ateiści – patrzcie: nie nadają się nawet rodziców! – zaciągnęli na ów nieszczęsny pogrzebowy korowód kukieł i wszelkiego intelektualnego śmiecia.
Autorce wszystkiego mało! Upaja się swoim własnym szyderstwem. „Lewackich ateistów trudno prześcignąć w wyrywaniu funduszy”. Jakich? Oczywiście unijnych. „Szczodrze sypnięto europejskimi srebrnikami”. Adrenalina skacze jak kropla rtęci. Bez składu i ładu. Jak ciachać, to wszystko Nie wiedzieć czemu dostaje się więc tu akurat Bogu ducha winnej Kazimierze Szczuce – „lewackiej dziuni” – i Januszowi Palikotowi. Myślisz, że felietonistka wdaje się w jakąś merytoryczną polemikę. Nic z tych rzeczy. Aby „zmiażdżyć urodą” i pogrążyć w rozmowie Beatę Kempę Szczuka miała „nakleić sobie sztuczne sylwestrowe rzęsy”. Palikot zaś – „wiodący ruchowiec (sic! – ZM) kraju” – wyhodował „podbródek o wymiarach 35/20/10”. Ta ostatnia wartość to „domniemana miąższość”.
Dość! Gdzie jest kres pogardy i szaleństwa? Moralnej bandyterki?
Nie zdziwiłbym się, gdyby ten tekst ukazał się w jakimś ultraprawicowym portalu czy tygodniku. Gdyby znalazł się choćby we Fronda.pl, w tygodniku „wSieci” czy „Naszym Dzienniku”. Autorka jednak prowadzi swój blog w „Rzeczpospolitej” – gazecie mającej ambicje opiniotwórcze i chcącej uchodzić za poważną reprezentantkę umiarkowanie konserwatywnego czytelnika. Choć może – felieton ukazał się 1 kwietnia – uraczono nas niewybrednym żartem primaaprilisowym.
Czas koryguje większość naszych opinii i przekonań. Za niekwestionowaną gwiazdę skrajnej prawicy uznawano dotąd Krystynę Pawłowicz. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego profesor taktycznie zamilkła. Życie jednak nie znosi próżni. Posłanka PiS może spać spokojnie. Ma godną następczynię. Annie Kozickiej-Kołaczkowskiej do mistrzyni jeszcze daleko, ale jest na dobrej drodze. Inna sprawa jak daleko publikując tego rodzaju teksty zajdzie sam dziennik, który – jeśli dobrze rozumiem intencje naczelnego – chce odzyskać wiarygodność jako gazeta umiarkowanie konserwatywna w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. W tak pojmowanym konserwatyzmie nie ma jednak miejsca na pogardę, nienawiść czy jawne szyderstwo z przekonań innych ludzi tylko dlatego, że je mają i wyrażają w sposób otwarty. Nawet jeśli te ciężkie kopniaki wymierza zgrabną nóżką delikatna sądząc z zamieszczonej na blogu fotki blondynka.
Chyba że za podwójnym nazwiskiem, niczym za przyłbicą, kryje się jakiś tęgi dziennikarski osiłek z moralnym bejsbolem w łapie.