Rabarbar polaryzuje. Znamy osoby, które nie znoszą tego przejmująco cierpkiego smaku. Według naszego zupełnie niereprezentatywnego sondażu, jednym ze źródeł tej niechęci może być trauma kolonijna. Dla niewtajemniczonych: kolonie to taki zamierzchły grupowy sposób spędzania wakacji przez młodzież popularny pod koniec XX wieku, podczas którego w ramach tzw. podwieczorku serwowany był m.in. kompot. Aby zabić smak kotła, do kompotu – obok najrozmaitszych, bliżej nieokreślonych owoców – dodawano rabarbar. Ci, co próbowali, wiedzą, jak to smakowało. Ci, którym było to oszczędzone, niechaj rozkoszują się błogą nieświadomością

REKLAMA
Nie będziemy ukrywać, że postkolonijną (nie mylić z postkolonialną) traumą rabarbarową byliśmy swego czasu dotknięci. Kiedy więc po latach widzieliśmy na targu dorodne, czerwonawe łodygi, na wszelki wypadek obchodziliśmy je z daleka, aby nie budzić złych wspomnień. Warto tu zresztą zrobić zastrzeżenie, że nie wszystkie kulinarne wspomnienia z kolonii były takie złe. Ciasto z truskawkami i kruszonką bywało na tyle dobre, że za dodatkową porcję niektórzy byli gotowi wskoczyć do jeziora w ubraniu. Parówki, chyba z jakieś lokalnej masarni, również cieszyły się sporym wzięciem. Problem tylko w tym, że zawsze serwowano na talerzu tzw. międzyparówkę – czyli połączenie między parówkami ze smętnie zwisającymi z obu stron końcówkami. Ciężko dociec dlaczego do kolonijnej stołówki trafiały tylko międzyparówki, ale mogło to mieć jakiś związek z tym, że pan Roman, kierownik kolonii, miał liczną i dobrze odżywioną rodzinę. Pani Basia, szefowa kuchni, starała się w każdym razie, jak mogła, ale kompot z rabarbaru (podobnie, jak mdły kisiel) nie był z pewnością jej największym osiągnięciem.
Do rabarbaru przekonaliśmy się stosunkowo niedawno, w wieku już mocno pokolonijnym, kiedy podczas wizyty u znajomych podano nam ciasto z rabarbarem przykryte chrupką, słodką bezą. Biały puch bezy tak dobrze ukrył rabarbarowe nadzienie, że biorąc do ust pierwszy kęs nie do końca wiedzieliśmy, co jemy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że w połączeniu ze słodyczą bezowej pianki i puszystym ciastem rabarbar smakuje całkiem nieźle. Na tyle dobrze, że zaryzykowaliśmy dokładkę, aby upewnić, że pierwsza próba oswojenia rabarbaru nie była tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Od tamtej pory, wielkimi miłośnikami rabarbaru może nie jesteśmy, ale zawsze w sezonie staramy się zrobić sobie coś z tych cierpkich łodyg. Dzisiaj padło na ciasto drożdżowe, po upieczeniu obowiązkowo posypane cukrem pudrem, bo jednak jakieś pozostałości rabarbarowej traumy jeszcze chyba w nas się tlą.
Składniki:
50 g drożdży świeżych
½ kg mąki
1/3 kostki masła
3 żółtka
Cukier waniliowy
2 łyżki siemienia lnianego (opcjonalnie)
Mleko
Cukier trzcinowy
8-10 łodyg rabarbaru
Cukier puder (do posypania ciasta)
Przygotowanie:
Najpierw budzimy drożdże – do miski wlewamy 1 szklankę ciepłego mleka, 3-4 łyżek cukru, odrobinę mąki oraz pokruszone drożdże i odstawiamy przykryte w ciepłym, ciemnym miejscu na ok. 30 min. Kiedy drożdże się już obudzą, wyrabiamy je z mąką, roztopionym (ale schłodzonym) masłem, cukrem waniliowym, siemieniem lnianym oraz jajkami. Wyrabianie jest pracochłonne, więc można pomóc sobie mikserem. Dążymy do tego, aby uzyskać jednotą masę, która odchodzi od ręki a naciśnięta wykazuje się sprężystością. Wyrobione ciasto odstawiamy przykryte bawełnianą ściereczką w ciepłym, ciemnym miejscu na ok. 1.5 godz. do wyrośnięcia. Uwaga: ciasto podwoi swoją objętość, więc miska powinna być odpowiednio duża.
Kroimy rabarbar w kawałki i wrzucamy do rondelka z kilkoma łyżkami cukru. Podgrzewamy przez ok. 3 minuty często mieszając. Po wyrośnięciu, połowę ciasta wykładamy do posmarowanej masłem i oprószonej mąką tortownicy i wykładamy na nie mniej więcej połowę rabarbaru. Na wierzch kładziemy resztę ciasta i ponownie rabarbar. Ciasto pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 170 stopni przez ok. 40 minut, aż ciasto ładnie się zarumieni, a włożony do ciasta patyczek będzie suchy. Wyjmujemy z piekarnika i przestudzamy. Przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.