
Kiedy rano obudziło nas słońce i zjedliśmy na tarasie śniadanie leń nas ogarnął okrutny. Jedną z pierwszych jego ofiar było mocne (nie tak jednak bardzo) postanowienie, żeby pojechać do sklepu i kupić coś wyrafinowane na obiad. Uznaliśmy bardzo szybko i – jak zwykle w naszym stadle – zgodnie, że wycieczki do sklepu będziemy robić przy okazji większego zachmurzenia lub deszczu zacinającego, zaś dziś zadowolimy się resztkami z naszej spiżarni. Jak zwykle w takich sytuacjach, uratowała nas sałatka wynikowa.
1 pęczek zielonych szparagów
2 małe, młode fenkuły
1 pomarańczowa papryka
100 ml oliwy z pierwszego tłoczenia
Kilka ząbków czosnku (my czosnek lubimy, więc było trochę więcej)
1 łyżka posiekanego koperku
1 łyżka posiekanej natki pietruszki
1 limonka
1 łyżka syropy z pigwy
1 łyżeczka musztardy francuskiej
1 łyżeczka świeżego, startego imbiru (najpierw trzeba go oczywiście obrać)
Garść orzechów brazylijskich
Odrobina morskiej soli gruboziarnistej i czarnego, świeżo zmielonego pieprzu
