Musimy się przyznać do pewnej, nieco wstydliwej przypadłości. Może nie jest to nic strasznego, pewnie nic, co wykluczyłoby nas poza nawias dobrego towarzystwa, a już na pewno nic, co naraziłoby nas na sankcje, jakie mogą grozić na przykład za jazdę 200 km na godzinę pod prąd po ulicach zatłoczonego miasta. Zresztą, wydaje się, że również i w tym przypadku, choć trudno to zrozumieć, winowajcę także chyba nic złego nie spotka. Nie, nasza mała przypadłość grozi co najwyżej nerwowym uniesieniem brwi jakiegoś wymagającego master szefa kuchni, czy pogrożeniem palcem przez dobrotliwego dziadka – „przed wojną, panie, coś takiego nie do pomyślenia”. My po prostu lubimy wylizywać.

REKLAMA
Aby być zupełnie zgodnym z prawdą, może powinniśmy raczej napisać „wymazywać”, bo nasze wylizywanie ma charakter zapośredniczony. Otóż namiętnie lubimy wylizywać talerze lub półmiski po jakimś smakowitym daniu kawałkiem dobrego pieczywa. A tyle ostatnio do wylizywania. Weźmy na przykład takie caprese, z gruntowych pomidorów malinowych, przykrytych kołderką z sera bufala i listków bazylii, a wszystko to polane obficie pyszną toskańską oliwą z pierwszego tłoczenia. No przecież grzech byłoby tyle dobrej oliwy, nasączonej smakiem słonecznych pomidorów tak po prostu na talerzu zostawić. Albo carpaccio z młodych buraków, upieczonych do miękkości w piekarniku, pociętych cieniutko nożem do krojenia sera, skropionych obficie olejem z orzechów włoskich z czosnkiem i odrobiną soku z cytryny i posypanych prażonymi orzechami włoskimi. Czyjaż ręka nie zadrżałaby przy wkładaniu pustego półmiska do zmywarki, gdy na jego całej połaci kropli się olej w pięknym zaburaczonym kolorze? Wylizywanie zresztą jest jak najbardziej usankcjonowane w rozmaitych trattoriach, tawernach i tapas barach południa Europy, a także w niektórych naszych restauracjach, gdzie w charakterze czekadełka podaje się często mały talerzyk z oliwą, czasem z kroplą octu balsamicznego, i kawałek świeżej bagietki lub chleba. Większych wyrzutów sumienia zatem wylizując nie mamy, wychodząc z założenia, że w najgorszym razie trafimy do piekła smakoszy, gdzie znajdziemy się zapewne w całkiem niezłym towarzystwie.
Dlatego mając dzisiaj w planach pierwsze w tym roku capresse, bez chwili wahania upiekliśmy focaccię według naszego sprawdzonego przepisu. Tym razem do ciasta obwicie dosypaliśmy caparów, co nadało naszej focacci ciekawej, lekko kwaskowej tonacji. W przypływie fantazji przystroiliśmy nasz drożdżowy placuszek oliwkami, pomidorkami koktajlowymi i czerwoną cebulą. Może to ostatnie w samym akcie wylizywanie nie pomaga, ale w końcu kiedy szaleć, jak nie wiosną?

Składniki:
50 g świeżych drożdży
½ kg mąki
Oliwa
Słoiczek kaparów
Czarne oliwki drylowane
Pomidorki koktajlowe
Świeży posiekany rozmaryn – 1 łyżka
Miód, gruba sól morska
Przygotowanie:
Najpierw budzimy drożdże w kąpieli ciepłej wody z miodem (wody ok. 2/3 szklanki, 2 łyżki miodu, do tego odrobina mąki). W czasie kiedy drożdże się budzą (zajmuje im to ok. 30 min), siekamy rozmaryn i przygotowujemy przybranie placka. Do obudzonych drożdży dodajemy mąkę, posiekany rozmaryn oraz 3 łyżki oliwy. Dokładnie wyrabiamy ciasto do takiej konsystencji, aby sprężyście odchodziło od ręki. Na koniec dodajemy kapary i odstawiamy ciasto w misce, przykryte szmatką w ciepłym miejscu na ok. 1 godz. 30 min., aby wyrosło. Ciasto rozwałkowujemy na cienki podłużny placek i przekładamy delikatnie na blachę pokryta papierem do pieczenia. Następnie posypujemy ciasto odrobiną soli gruboziarnistej i układamy na nim dowolne wzroki z pomidorków koktajlowych, oliwek i cebuli. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do ok. 180 stopni. Focaccia jest gotowa, gdy ciasto nabierze lekko złocistej barwy (potrzeba do tego ok. 30 min.)