Coraz bardziej dochodzimy do wniosku, że umiejętność gotowania to przydatna rzecz. Po pierwsze, można dzięki niej zrealizować w praktyce postulat „wiem, co jem”, bo w końcu spożywamy tylko to, co sami kupimy i do potraw dodamy. Po drugie, gotowanie samemu jest o wiele bardziej ekonomiczne, nie wydajemy bowiem ciężkich pieniędzy na marżę dla restauracji i jej pośredników, choć oczywiście wkład czasu własnego trzeba wkalkulować (a ten, jak wiadomo, jest bezcenny). Po trzecie, jemy zawsze dokładnie to, na co mamy ochotę, o co czasem trudno, pomimo pozornego bogactwa restauracyjnych menu. Do tej listy argumentów doszedł niedawno również argument czwarty: jedząc w domu, nie ryzykujemy, że ktoś nagra nasze, przyznajmy się, czasem bezsensowne i nie zawsze parlamentarne gaworzenia.

REKLAMA
Gdyby na przykład pewien ważny prezes zaprosił na spotkanie pewnego ważnego ministra do domu i podjął go samodzielnie przygotowanym chłodnikiem (boćwiny na rynku wielka obfitość, a przepis banalnie prosty), mogliby do woli natrząsać się z członków Rady Polityki Pieniężnej, bez ryzyka, że członkowie Rady (wraz z resztą obywateli) przeczytają o tym w prasie. Pan minister zaś, chcąc skonsultować się poufnie z panem prezesem w sprawie ewentualnej pomocy banku centralnego na wypadek ewentualnego kryzysu, mógłby usmażyć naleśniki z truskawkami (na targu do kupienia już poniżej 4 zł) i w zaciszu domowego ogniska opowiadać o swoich najczarniejszych obawach pewny, że tylko pan prezes i naleśniczki będą tego świadkiem (te drugie z pewnością świadkiem niemym).
Oczywiście, domowe spotkania organizowane przez VIP-ów dla innych VIP-ów miałby tę wadę, że pozbawiłyby tych radosnych okazji do patriotycznych wzmożeń ich politycznych konkurentów, przebierających tylko (grubymi?) nóżkami w oczekiwaniu na przejęcie władzy. Ale wydaje się, że społeczne zyski przewyższyłyby jednak tę bolesną stratę. „A co z cennym czasem ważnych ministrów i prezesów?” – może ktoś zapytać. „Przecież robienie chłodnika lub naleśników, choć proste, zajmuje jednak czas najważniejszy osób w Państwie!” Owszem, samodzielne gotowanie faktycznie zajmuje trochę czasu, ale może nie byłoby to wcale takie najgorsze. Ważny minister może dzięki temu nie miałby czasu na głupoty, zaś ważny prezes mógłby, siekając na ten przykład botwinę, zastanowić się nad tym, czy wszystkie swoje przemyślenia na temat bliźnich warto wypowiadać na głos.
Na wypadek, gdyby tekst ten czytał jakiś VIP, podajemy w miarę prosty przepis na nasz ulubiony creme brulee. Przy jego robieniu i jedzeniu da się spokojnie omówić całkiem sporo ważnych dla przyszłości kraju kwestii.
Składniki:
(na 4 osoby)
Szklanka tłustego mleka
400 ml śmietany 30%
Laska wanilii
8 żółtek jaj
Drobny biały cukier – do smaku (my dodaliśmy 2 łyżki)
Cukier puder – do smaku (my wykorzystaliśmy 1-2 łyżki)
Starta na drobnej tarce skórka cytryny
Kropla aromatu cytrynowego
Przygotowanie:
Mleko podgrzewamy wraz z przekrojoną wzdłuż laską wanilii. Doprowadzamy do wrzenia i po 5 minutach odcedzamy, usuwając i wanilię. Dodajemy skórkę cytryny oraz śmietanę cały czas mieszając, aby nie doprowadzić do wrzenia. Po ok. 15 minutach zdejmujemy z ognia i trochę wystudzamy. Żółtka jajek ucieramy z cukrem i powoli dodajemy do śmietany z mlekiem, cały czas mieszając. Doprawiamy aromatem cytrynowym, próbujemy i ewentualnie dosładzamy. Rozlewamy masę kremową do kamionkowych lub glinianych naczynek (takie najlepiej trzymają ciepło i nie dadzą przypalić się kremowi) i wstawiamy jej do piekarnika rozgrzanego do ok. 90 stopni. Czekamy aż krem stężeje (może to potrwać nawet 2 godziny), a następnie wyjmujemy go i dokładnie przestudzamy – najlepiej w lodówce. Przed podaniem posypujemy krem warstewką cukru pudru i przypalamy cukier palnikiem lub żelazkiem gastronomicznym.