Stoczyliśmy dzisiaj prawdziwą walkę. Co tam walkę, bój prawdziwy. Walka była zacięta i ostra - nie takie tam mizianie piłeczki, jak u Radwańskiej na Wimbledonie (przegrała bidulka zresztą sromotnie, aż szkoda było patrzeć), czy mundialowe potyczki, gdzie obie strony czekają na rzuty karne, podając piłkę do bramkarza. Nasza walka była na miarę morderczego starcia rycerzy Jedi z mrocznym lordem Sithów (miecze świetle furczą w powietrzu), czy sporu posła Niesiołowskiego z posłem Brudzińskim (ja panu nie przerywałem). Naszą walkę toczyliśmy bowiem o marchewkę…

REKLAMA
Wcale nie chodzi tu o marchewkę przenośną. Uważamy zresztą powiedzenie „walka o marchewkę” za głęboko niesprawiedliwe i uwłaczające temu wspaniałemu warzywu. Co z tego, że wydaje nam się pospolite i zawsze można je kupić? W końcu tak samo jest z ziemniakiem, ogórkiem, cebulą czy latte na mleku sojowym w Starbuniu. A nikt w końcu nie mówi, że nasi piłkarze (dlaczego akurat w tym kontekście przyszło to nam do głowy?) będą grali dzisiaj o cebulę czy ziemniaki, bo przegrali już wszystkie mecze w grupie. (Zresztą tu chyba się trochę zagalopowaliśmy – nasi chłopcy, kiedy już wszystko przegrają, nie grają ostatniego meczu o „marchewkę”, tylko o honor.) Marchewka jest warzywem wspaniałym, a młoda marchewka, której teraz istny wysyp na targowiskach, po prostu rozpływa się w ustach swoją słodyczą. Walczyliśmy zatem o marchewkę prawdziwą.
Kupując dorodny pęczek tego świetnego warzywka mieliśmy bowiem ambitny plan zrobienia sałatki z młodej, pieczonej marchwi z (również młodym) bobem i komosą ryżową. Kiedy jednak upiekliśmy już marchew w piekarniku z dodatkiem odrobiny oliwy, soli morskiej, dużej ilości czosnku (także młodego) i czarnego, świeżo mielonego pieprzu i wyjęliśmy ją z piekarnika, żeby trochę przestygła, nie omieszkaliśmy jej spróbować, żeby upewnić się, czy aby na pewno jest odpowiedniej miękkości i czy przeszła już dostatecznie miło kręcącym w nosie zapachem czosnku. I zaczęła się walka. Z jednej strony pyszna, słodko-ostra marchewka, jeszcze lekko parząca w język, aż szkoda odmówić sobie jeszcze kawałka. Z drugiej – ugotowany i łuskany bób i gotowa do sałatki komosa ryżowa, czekające przecież cierpliwie i godnie na połączenie z marchwią w wymarzonym sałatkowym związku. Każdy kęs pieczonej, młodej marchewki oddalał nas od sałatki, która miała być przecież daniem głównym naszego dzisiejszego obiadu. Z jednej strony łakomstwo (nie bójmy się tego słowa, bo w kontekście marchewki nie brzmi groźnie i za taki grzech idzie się co najwyżej na 100 lat do czyśćca), z drugiej – poczucie obowiązku i żelazna wola realizacji założonego planu. Poczucie obowiązku w końcu jednak przeważyło, dzięki czemu możemy z niejaką dumą zaprezentować poniższy przepis (a zatem pewnie tylko 50 lat czyśćca).
Składniki:
Pęczek (najlepiej) młodej marchewki
3-4 ząbki czosnku
2 małe, młode bulwy kopru włoskiego
300 g ugotowanego łuskanego bobu
1 szklanka ugotowanej komosy ryżowej
Kilka małych, młodych ziemniaków
Oliwa
Garść posiekanej natki pietruszki
Sól morska i czarny pieprz – do smaku
Przygotowanie:
Marchewkę myjemy, kroimy w grube plastry i pieczemy z oliwą, posypane solą, pieprzem i posiekanym drobno czosnkiem. Koper włoski kroimy na cienkie plasterki i podsmażamy z czosnkiem na oliwie na kolor złoty. Kiedy koper się podsmaży, dodajemy uprzednio ugotowane młode ziemniaki i ugotowaną komosę ryżową i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do wystudzenia i dodajemy przestudzoną młodą marchew i ugotowany, łuskany bób oraz natkę pietruszki. Mieszamy i doprawiamy oliwą oraz solą i pieprzem.