O autorze
Dobre jedzenie jest jedną z naszych pasji.

Uwielbiamy odkrywać nowe krainy smaków i zapachów, ale też cenimy sobie powroty do znanych i sprawdzonych miejsc na naszej kulinarnej mapie. Lubimy dać się zaskakiwać: niecodziennym zestawieniem smaków, ciekawymi pomysłami na podanie dania. Ale sami także eksperymentujemy, wymyślamy nowe kombinacje, mieszamy najróżniejsze składniki. Naszą ciągłą inspiracją są podróże – nie tylko te dalekie, kiedy nasze kubki smakowe spotykają się z kulinarnym dziedzictwem innych narodów. Podróże bliskie, do innego regionu, miasta, wioski, dostarczają nam okazji do odkrycia nieznanych smakołyków w lokalnych restauracjach czy wytwarzanych przez niewielkie rodzinne firmy. Kochamy targowiska i jarmarki, ich niesterylny nieład i sezonową obfitość: na nich właśnie najlepiej lubimy wymyślać, co zjemy na kolację.

Kilka lat temu stworzyliśmy markę „Spiżarnia”, dzięki której smakosze mogą popróbować tradycyjnych, oryginalnych polskich przysmaków: konfitur, soków, syropów, miodów prosto z pasieki, przetworów i rozmaitych słodkości.

Mieliśmy pewien kłopot z nazwaniem naszego stylu gotowania. Po długiej burzy mózgów zdecydowaliśmy się na nazwę www.zniejednegogarnka.pl„Z niejednego garnka”[/url], bo faktycznie z różnych garnków pochodzą nasze kulinarne inspiracje.

O marchewkę …

Stoczyliśmy dzisiaj prawdziwą walkę. Co tam walkę, bój prawdziwy. Walka była zacięta i ostra - nie takie tam mizianie piłeczki, jak u Radwańskiej na Wimbledonie (przegrała bidulka zresztą sromotnie, aż szkoda było patrzeć), czy mundialowe potyczki, gdzie obie strony czekają na rzuty karne, podając piłkę do bramkarza. Nasza walka była na miarę morderczego starcia rycerzy Jedi z mrocznym lordem Sithów (miecze świetle furczą w powietrzu), czy sporu posła Niesiołowskiego z posłem Brudzińskim (ja panu nie przerywałem). Naszą walkę toczyliśmy bowiem o marchewkę…


Wcale nie chodzi tu o marchewkę przenośną. Uważamy zresztą powiedzenie „walka o marchewkę” za głęboko niesprawiedliwe i uwłaczające temu wspaniałemu warzywu. Co z tego, że wydaje nam się pospolite i zawsze można je kupić? W końcu tak samo jest z ziemniakiem, ogórkiem, cebulą czy latte na mleku sojowym w Starbuniu. A nikt w końcu nie mówi, że nasi piłkarze (dlaczego akurat w tym kontekście przyszło to nam do głowy?) będą grali dzisiaj o cebulę czy ziemniaki, bo przegrali już wszystkie mecze w grupie. (Zresztą tu chyba się trochę zagalopowaliśmy – nasi chłopcy, kiedy już wszystko przegrają, nie grają ostatniego meczu o „marchewkę”, tylko o honor.) Marchewka jest warzywem wspaniałym, a młoda marchewka, której teraz istny wysyp na targowiskach, po prostu rozpływa się w ustach swoją słodyczą. Walczyliśmy zatem o marchewkę prawdziwą.


Kupując dorodny pęczek tego świetnego warzywka mieliśmy bowiem ambitny plan zrobienia sałatki z młodej, pieczonej marchwi z (również młodym) bobem i komosą ryżową. Kiedy jednak upiekliśmy już marchew w piekarniku z dodatkiem odrobiny oliwy, soli morskiej, dużej ilości czosnku (także młodego) i czarnego, świeżo mielonego pieprzu i wyjęliśmy ją z piekarnika, żeby trochę przestygła, nie omieszkaliśmy jej spróbować, żeby upewnić się, czy aby na pewno jest odpowiedniej miękkości i czy przeszła już dostatecznie miło kręcącym w nosie zapachem czosnku. I zaczęła się walka. Z jednej strony pyszna, słodko-ostra marchewka, jeszcze lekko parząca w język, aż szkoda odmówić sobie jeszcze kawałka. Z drugiej – ugotowany i łuskany bób i gotowa do sałatki komosa ryżowa, czekające przecież cierpliwie i godnie na połączenie z marchwią w wymarzonym sałatkowym związku. Każdy kęs pieczonej, młodej marchewki oddalał nas od sałatki, która miała być przecież daniem głównym naszego dzisiejszego obiadu. Z jednej strony łakomstwo (nie bójmy się tego słowa, bo w kontekście marchewki nie brzmi groźnie i za taki grzech idzie się co najwyżej na 100 lat do czyśćca), z drugiej – poczucie obowiązku i żelazna wola realizacji założonego planu. Poczucie obowiązku w końcu jednak przeważyło, dzięki czemu możemy z niejaką dumą zaprezentować poniższy przepis (a zatem pewnie tylko 50 lat czyśćca).

Składniki:

Pęczek (najlepiej) młodej marchewki
3-4 ząbki czosnku
2 małe, młode bulwy kopru włoskiego
300 g ugotowanego łuskanego bobu
1 szklanka ugotowanej komosy ryżowej
Kilka małych, młodych ziemniaków
Oliwa
Garść posiekanej natki pietruszki
Sól morska i czarny pieprz – do smaku


Przygotowanie:

Marchewkę myjemy, kroimy w grube plastry i pieczemy z oliwą, posypane solą, pieprzem i posiekanym drobno czosnkiem. Koper włoski kroimy na cienkie plasterki i podsmażamy z czosnkiem na oliwie na kolor złoty. Kiedy koper się podsmaży, dodajemy uprzednio ugotowane młode ziemniaki i ugotowaną komosę ryżową i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do wystudzenia i dodajemy przestudzoną młodą marchew i ugotowany, łuskany bób oraz natkę pietruszki. Mieszamy i doprawiamy oliwą oraz solą i pieprzem.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0"Cały dom robi we wiadra". Sławojki i wychodki w środku polskiego miasta
0 0Przekop mierzei przyciąga turystów. Nie wszyscy się cieszą
0 0Będzie nowy serial w świecie "Star Wars". Jest mroczny zwiastun

TRAGEDIA W TATRACH

ANETA OLENDER 0 0"Ludzie mają to gdzieś". Demontaż krzyża na Giewoncie to absurd, problem tkwi gdzie indziej
0 0Dzieci, dwie kobiety i Czech. Wiadomo, kim były osoby, które zginęły w Tatrach

TYLKO W NATEMAT

ELIZA MICHALIK 0 0Przestańcie mówić o “farmie trolli”. Oto, czym naprawdę jest afera w resorcie Ziobry
NOWE INFORMACJE 0 0Tak małżeństwo Szmydt wspólnie mogło niszczyć sędziów na Twitterze

DZIEJE SIĘ

0 0"Lodowiec cofnął się o 2 kilometry". Polak na własne oczy widział, co w Arktyce zrobiła zmiana klimatu
0 0Widać dym z kosmosu. Tak płoną lasy w Amazonii i na Syberii. To NIE JEST lokalny problem