
Wybieramy się niedługo z wizytą do pewnej przesympatycznej osóbki, obarczonej silną, kulinarną skazą genetyczną. Skaza owa ma wymiar niezwykle miły, bo dzięki niej często możemy raczyć się słodkościami, które jej posiadaczka często nam serwuje. Posiadaczka skazy jest również wdzięcznym obiektem naszych kulinarnych eksperymentów, bo – choć czasem to i owo skrytykuje – generalnie kuchnia nasza jej chyba smakuje. Rozmawialiśmy niedawno o szczegółach naszej wizyty, planując kolację w jednej z Krakowskich restauracji, gdzie wspólnie zamierzamy oddać się grzechowi obżarstwa. W rozmowie tej padł rzucony niby przypadkiem temat deseru z jagodami, jaki (chyba w ramach należności za nocleg) mamy ze sobą przywieźć. Ponieważ nie uśmiecha się nam nocleg pod skądinąd pięknym małopolskim niebem, bierzemy się zatem do roboty.
½ szklanki mąki ziemniaczanej
Ok. 1 szklanki cukru (my lubimy mniej słodkie, więc dodaliśmy ¾ szklanki)
1 kostka masła
6 jajek
Odrobina aromatu waniliowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
½ łyżeczki sody spożywczej
½ kg jagód (najlepiej świeżych)
