Zanim przyszła burza, ulice Rabu zapełniły kramami z lawendą, wikliną, ceramiką, obok których swoje stanowiska ustawili średniowieczni kowale, rzeźbiarze i garncarze. Pełni, ugruntowanego długoletnią tradycją, skupienia kusznicy rozpoczęli swoje doroczne zawody w strzelaniu do tarczy, a chwackie, rabskie panny szparko wzięły się do wyplatania wianków z rabskiego kwiecia. Manewrując ostrożnie pośród stoisk rzemieślniczych i schodząc z linii strzału kuszników, można było bez trudu znaleźć wielką obfitość lokalnych, tradycyjnych smakołyków, którymi raczyli się turyści.

REKLAMA
Pierwsza Rabska Fjera odbyła się w 1364 roku dla uczczenia króla Ludwika Wielkiego, który obronił Rab przed, zapewne, niecnymi zakusami Wenecji, oraz św. Krzysztofa, który mocą swoją (wiadomo święty) do tego zwycięstwa rękę z pewnością przyłożył. Od tamtych czasów między 25 a 27 lipca mieszkańcy Rabu świętują to wydarzenie ku uciesze turystów, odwiedzających tłumnie tę chorwacką wyspę letnią porą. Odwiedzających zresztą zupełnie zasadnie, bo po całym dniu plażowania, pływania, i innych uciech charakterystycznych dla nadmorskich miejscowości, przeniesienie się w średniowieczną atmosferę kramów, rozstawionych w wąskich, brukowanych kamieniami uliczkach Rabu stanowi miłe urozmaicenie słodkiego nieróbstwa.
Po obejrzeniu kuszniczego turnieju i spacerze w blasku wykuwanych średniowiecznymi metodami monet skupiliśmy się rzecz jasna na rabskich smakołykach. Nie udało nam się dopchać do stoiska, gdzie wdzięczne dziewoje na rozgrzanym tłuszczu piekły coś w rodzaju (drożdżowych?) placków, które potem – w zależności od życzeń klientów – można było napełniać słodkim lub wytrawnym nadzieniem. Swoją drogą rozumiemy jeszcze, że w XIV wieku taki placuszek można było pałaszować z pršutem – czyli lokalną odmianą szynki parmeńskiej. Nie do końca jednak jesteśmy w stanie uwierzyć, że żołnierze Ludwika Wielkiego placuszki takie jadali z nutellą. Ten historyczny dysonans oczywiście w żadnym razie nie przeszkadzał, zamawiającym taki zestaw zgłodniałym turystom.
My skupiliśmy się jednak na kosztowaniu ciekawej swym gorzkawym smakiem konfitury z zielonych fig, do której zamiast cukru dodają tutaj miód. Może nie zdecydowalibyśmy się na taką konfiturę do rogalików na śniadanie, ale rozsmarowana na kawałku pažskiego sýra (wolno dojrzewający, znakomity ser z pobliskiej wyspy Pag) dobrze pasuje do schłodzonego kieliszka młodej Žilavki. Tak wzmocnieni zielonymi figami, zatrzymaliśmy się na pewien czas przy stoisku z likierem z karuby, robionym ze strąków należącego do rodziny bobowatych drzewa, których dzisiaj używa się głównie jako paszy dla zwierząt, a które bardziej znane są jako chleb świętojański. Jak się dowiedzieliśmy, nasiona tej rośliny mają zawsze taką samą wagę i od najdawniejszych czasów służyły jako precyzyjna jednostka masy. Z szacunku dla rabskiej tradycji, Ludwika Wielkiego i św. Krzysztofa likieru spróbowaliśmy, ale gustujemy chyba jednak w bardziej wytrawnych nalewkach, bo nie przypadł nam specjalnie do gustu. Pofolgować mogliśmy sobie za to na nadmorskim pasażu, gdzie obok przechadzającego się osiołka (nie wiemy, co symbolizował i dlaczego się przechadzał) serwowano pieczone z rusztu na ognisku makrele, lokalną, gęstą zupę rybną typu chowder oraz świeżo złowione małże w sosie z dodatkiem pomidorów, czosnku, cebuli i miejscowych ziół. Wszyscy znający słabość naszą do tego przysmaku w muszelkach, domyślają się, że spędziliśmy tam trochę czasu.
Kiedy posileni rabskimi smakołykami zbieraliśmy się do zapoznania się ze średniowieczną sztuką wyplatania koszy, zerwał się silny wiatr, granatowe morze malowniczo zapełniło się dzikimi falami i nadeszła fascynująco gwałtowna, letnia, morska burza. W powietrzu zaczęły latać iskry z ogniska i zerwane z głów dziarskich Chorwatek ukwiecone wianki. Lejąca się z nieba woda spływała po niedopieczonych makrelach i skwierczała w rozgrzanym oleju, w którym smażyły się rabskie placuszki. Turyści rozpierzchli się do swych samochodów, a kusznicy zaatakowani znienacka z flanki przez siekące z nieba krople wycofali się godnie na z góry upatrzone pozycje wraz ze swymi morderczymi narzędziami. Tylko osiołek zachował przynależny swemu gatunkowi filozoficzny spokój i spokojnie zaczął konsumować wianek z kwiatów, który porywisty wiatr przywiał mu prosto pod nogi. Ciężko z oślego wyrazu pyska coś wyczytać, ale można założyć, że to właśnie wtedy zaczęła się dla niego prawdziwa Rabska Fjera.