Tak już mamy, że podczas wakacyjnych wyjazdów nad Morze Śródziemne lub Adriatyk lubimy raczyć się lokalnym, domowym winem podczas kolacji jedzonych w tamtejszych tawernach, konobach, trattoriach czy tapas barach. W przeważającej większości przypadków strategia ta nas nie zawodzi. Po pierwsze, markowe wina nie bardzo pasują do wakacyjnego luzu, upału i zmęczenia po całodziennym plażowaniu czy zwiedzaniu. Po drugie, lokalne, domowe wina często mają zaskakująco ciekawy smak i raczej dobrze komponują się z regionalną kuchnią (w końcu lata koegzystencji robią swoje). Po trzecie, jakoś tak dobrze na sercu nam się robi kiedy na stół wjeżdża inkrustowana rosą, karafka czy dzbanek z prostego szkła, w której radośnie faluje obietnica żywicznego smaku Restsiny, czy nieskomplikowanego Graševina.

REKLAMA
Kiedy jednak zapałamy (odwzajemnioną najczęściej, niestety) miłością do jakiegoś lokalnego trunku i przywieziemy kilka jego butelek do domu, następuje rozczarowanie. Przywiezione do kraju wino, często pieczołowicie opakowane w walizce i z wysiłkiem targane do samolotu, traci swój magiczny, wakacyjny czar; jego bukiet wypłaszcza się , jak mazowiecka łąka, zaś smak nabiera kwasowości powrotu do pracy po wakacyjnej przerwie. Może to zachodzące słońce, rozmieniające się na drobne w ciepłych falach, może wieczorny gwar nadmorskich knajpek, zakrzykiwany czasem przez gasnące wraz ze zmrokiem cykady, może zdecydowane, acz proste smaki lokalnej kuchni – co czyni z banalnych w końcu napitków boską, wakacyjną ambrozję, nie wiemy, ale najwyraźniej tego czegoś brakuje nam, kiedy próbujemy powrócić do wakacyjnych winnych wspomnień.
Co ciekawe, przywiezione z wakacji smakołyki próbę podobną przechodzą zwycięsko. Dolmadaki i oliwki ciągle cieszą swym gęstym od wspomnień smakiem, sery i boquerones zaostrzają apetyt prawie tak, jakby o nasz trawnik rozbijały się fale gorącego morza, zaś ajwar, wykorzystywany w naszym domowym kucharzeniu, nadaje potrawom letniego sznytu nawet podczas listopadowych szarości . Tylko wino straszy swą nijakością, prowokując pytanie: „Czy to naprawdę ten cienkusz pijaliśmy tak namiętnie podczas wieczornych eskapad?”
Dzisiaj postanowiliśmy dokonać ostatecznej próby i otwieramy właśnie butelkę Vrbnickiej Zlatiny, którą przywieźliśmy z niedawnego wypadku nad Adriatyk. Była nam wierną towarzyszką podczas kolacji, wysłuchiwała cierpliwie naszego bajdurzenia, o tym, jak jest nam dobrze i dlaczego kolejny dzień był znowu udany, spłukiwała z naszych podniebień smak buzary, kalamarów i pažskiego sýra, może więc i teraz stanie na wysokości zadania i nas nie zawiedzie.