
Niektórzy wyłączają lub ściszają radio i telewizję, gdy nadają reklamy. My mamy do nich wyraźną słabość. Uważamy bowiem, że niosą z sobą istotną wartość poznawczą. Dzięki nim dowiadujemy się o rzeczach, o których nigdy byśmy nawet nie pomyśleli, że są możliwe. Szczególnym sentymentem darzymy reklamowe spoty, które sprzedają nowy pomysł na pigułę.
REKLAMA
Oczywiście, nie wszystkie reklamy są równie dobre i nie wszystkie ubogacają naszą wiedzę o świecie w takim samym stopniu. W kategorii reklam pigularskich, stosunkowo najmniej cenimy te, które rozwiązują problem, mówiąc językiem nieco biblijnym, nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Schemat tych dziełek sztuki reklamowej jest najczęściej dosyć podobny. Najpierw bohater (bohaterowie) spotu obżerają się nieprzytomnie golonką i kiełbasą z cebulą smażoną na smalcu, pochłaniają podwójnego bugera z potrójnym serem, biorą gargantuiczną dokładkę tortu z kremem z margaryny, a na koniec popijają to wszystko dużą ilością alkoholu. W fazie drugiej (cóż za zaskoczenie!) następuje atak wątroby, stan ociężałości, zgaga i inne przypadłości związane z przejedzeniem, o których przez wzgląd na co wrażliwszych czytelników pisać nie będziemy. Na koniec, jak za dotknięciem magicznej różyczki, pojawia się rozwiązanie: dobra sąsiadka, mądra żona, pani farmaceutka, które proponują zażycie piguły o bardzo naukowej nazwie i problem zostaje rozwiązany. Spuchnięta wątroba oddycha z ulgą, zgaga znika, ociężałość pryska, jak bańka mydlana, i można znowu walnąć setę, napychać się golonką, schabowym z kapustą lub wchłonąć trzeci kawałek tortu.
O wiele ciekawsze pod względem poznawczym są pigularskie reklamy, rozwiązujące problemy, o których wcześniej nie słyszeliśmy lub – co nawet ciekawsze – których istnienie nie bardzo potrafiliśmy sobie wyobrazić. Dla przykładu, dotychczas tkwiliśmy w błogiej nieświadomości, że podczas wysiłku fizycznego lub upałów człowiek się poci. Może nie jest przyjemne dla otoczenia, ale spełnia ważną funkcję fizjologiczną, jako że wraz z potem wydzielamy najrozmaitsze toksyny, które zalegają w naszym organizmie. Niektórzy w tym celu chodzą nawet do sauny lub uprawiają bikram jogę, tkwiąc w – jak się okazuje – zabobonnym przekonaniu, że w niektórych sytuacjach pocenie się jest zdrowe i naturalne. Dzięki reklamom, których emisja dziwnie nasiliła się podczas fali ostatnich upałów, dowiedzieliśmy się, że pocenie się to rodzaj choroby, z którą trzeba walczyć. Wystarczy co dzień rano łyknąć pigułę i – używając sloganu z trochę innej branży – pot nie ma żadnych szans.
Od dłuższego czasu absolutnym liderem naszego prywatnego rankingu reklam pigularskich był spot propagujący środek na marznące dłonie i stopy. Kiedy po raz pierwszy mieliśmy szczęście dowiedzieć się o jego istnieniu, oniemieliśmy z zachwytu. W swojej całkowitej ignorancji, myśleliśmy bowiem, że stopy lub dłonie marzną nam z zimna i, gdy to ma miejsce, trzeba po prostu założyć grubsze skarpety i rękawice. Kiedy to nie pomagało (np. w kolejce do wyciągu na nartach) stosowaliśmy jakże archaiczną i prostacką metodę energicznego tupania i klaskania w dłonie. Robiliśmy tak tylko dlatego, że nie mieliśmy pojęcia, iż należymy do grupy ludzi chorych na stóp i dłoni marźniecie. Teraz już wiemy, że gdy mamy zimne stopy i dłonie, to piguła zadba o nie – jak zapewnia slogan reklamowy.
Dziś jednak nasza ulubiona reklama o marźnięciu stóp i dłoni została zdetronizowana przez nowy spot. Dowiedzieliśmy się bowiem, że cierpieć możemy na zupełnie nową, poważną przypadłość, zwaną Zespołem Niespokojnych Nóg (ZNN). Objawami ZNN – jak poinformowała nas reklama - jest nieodparty przymus poruszania nogami, mrowienie i drętwienie nóg - trudne do opisania odczucia, które pojawiają się zwykle podczas wieczornego odpoczynku. Natychmiast zaczęliśmy analizować, nasze odczucia, jakie występują w wieczornym zaciszu alkowy. Nie ma co ukrywać, mrowienie jest chyba wśród trudnych do opisania odczuć, które pamiętamy. Poruszanie nogami w łóżku również nam się zdarza, choć nie jesteśmy zupełnie pewni, czy ma ono charakter nieodparty czy jest raczej wywołane czynnikami behawioralnymi. Tak czy owak, z zadowoleniem dowiedzieliśmy się, że na chorobę, na którą – jak się okazało – cierpimy od lat wielu jest już lekarstwo, które nam pomoże. Wystarczy tylko pobrać pigułę i Zespół Niespokojnych Nóg mamy z głowy.
Dyskutując tak o pigułach na ZNN zauważyliśmy, że talerz ciasteczek migdałowych z żurawiną, które właśnie wyjęliśmy z piekarnika podejrzanie szybko opustoszał. Drzwi i okna były zamknięte, nie mamy ani kota ani psa ani nawet rybek akwariowych. Ciasteczka musieliśmy więc pochłonąć zupełnie nieświadomie. Spojrzeliśmy po sobie i nagle nas olśniło. Po prostu cierpimy na Syndrom Nieświadomych Dłoni (SND). Kiedy my rozmawiamy o reklamach i najrozmaitszych pigułach, które rozwiązuj wszystkie nasze realne i te pozostałe problemy, nasze dłonie nieświadomie sięgają po ciasteczka i wkładają je do ust.
Apelujemy więc do przemysłu farmaceutycznego: na rynku jest potężna nisza, wymagająca natychmiastowego zapełnienia. Od jutra trzeba rozpocząć prace w laboratoriach, testy klinicznie i procedury rejestracji. Z naszej błyskawicznej sondy wśród znajomych wynika, że SND może dotyczyć ponad 53% populacji w wieku 30-55 lat, pochodzącej z dużych miast i zarabiającej powyżej średniej krajowej. Potrzebna jest szybko skuteczna piguła (łapostop, regumanus?), która uświadomi nasze dłonie, że nieświadome jedzenie zbyt dużej ilości ciasteczek nie jest rzeczą dobrą, że należy je jeść świadomie, a dopiero potem zażyć pigułę na wątrobę, zgagę, ociężałość oraz – na wszelki wypadek – na Zespół Niespokojnych Stóp.
A wszystkim, którzy chcieliby sprawdzić, czy podobnie jak my cierpią na Syndrom Nieświadomych Dłoni, podajemy przepis na nasze ciasteczka. Sprawdźcie sami, a nuż również stanowicie grupę docelową dla nowej piguły.
Składniki:
200 g mąki z migdałów (można samemu bardzo drobno zmielić migdały lub kupić gotową mąkę)
Garść posiekanych płatków migdałowych
Garść posiekanej, suszonej żurawiny
2 jajka
Cukier trzcinowy lub syrop z agawy – do smaku
150 g roztopionego masła
1 łyżeczka sody kuchennej
Kilka kropel aromatu migdałowego
Garść posiekanych płatków migdałowych
Garść posiekanej, suszonej żurawiny
2 jajka
Cukier trzcinowy lub syrop z agawy – do smaku
150 g roztopionego masła
1 łyżeczka sody kuchennej
Kilka kropel aromatu migdałowego
Przygotowanie:
Ubijamy jajka na puszystą masę, Dodajemy rozpuszczone lecz przechłodzone masło, mąkę i pozostałe składniki. Dokładnie mieszamy i dosładzamy cukrem lub syropem z agawy do smaku. Formujemy ciasteczka przy pomocy foremek w dowolne wzory i rozkładamy je na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 170 stopni i pieczemy ok. 20-30 minut, aż ciasteczka się przyrumienią. Smakują najlepiej z mlekiem migdałowym.
