Prawdziwie słoneczne dni podarował nam wrzesień. Korzystamy z nich w pełni, starając się jednak nie tracić z kontaktu z rzeczywistością. A doświadczenie podpowiada nam, że już wkrótce nadchodzić będzie czas pożegnań. Tak jak pożegnaliśmy już szparagi, zielony groszek, młode ziemniaki i parę jeszcze innych wiosennych i wczesno-letnich specjałów, tak już niedługo będziemy się żegnać z innymi smakowitościami. Dziś rozpoczęliśmy zaczęliśmy żegnać się ze świeżymi morelami.

REKLAMA
Im bardziej o tym myślimy, tym bardziej dochodzimy do wniosku, że może powinniśmy zostać zawodowymi tenisistami. Moglibyśmy stworzyć taki mikstowy zespół i podróżować po turniejach po świecie za słońcem. Bo przecież sezon tenisowy zaczyna się od wielkiego szlema w Australii. Potem – kiedy już pogoda w Europie staje się znośna, a w sklepach pojawiają się nowalijki, jest kilka fajnych gier w Monaco, Rzymie, Paryżu czy Madrycie. Na koniec lata grywa się natomiast na Florydzie, w Indian Wells (południowa Kalifornia) i w Nowym Jorku (też niczego sobie). W ten oto sposób zawodowi tenisiści, oprócz rozkoszowania się słońcem i niczego sobie widokami, mają praktycznie przez cały rok dostęp do świeżych warzyw i owoców, o innych specjałach lokalnych kuchni nie wspominając. Moglibyśmy przy okazji naszych (zwycięskich, ma się rozumieć) występów na korcie, oddawać się bez przeszkód kulinarnym ekscesom, korzystając do woli z przedłużonego sezonu na nowalijki.
Niestety, człowiek był młody i głupi. Zamiast biegać za piłką po korcie, robił maturę, potem studia (w porywach nawet więcej niż jedne) i wielka tenisowa kariera przeszła nam koło nosa. Z drugiej jednak strony, może zresztą nie jest to takie najgorsze. Z tego, co wiemy, typowy dzień tenisisty nie wygląda wcale tak różowo – rano z reguły jest trening, potem gra się mecz lub sparing, a przed snem fizjoterapeuta doprowadza człowieka do stanu używalności, żeby był w stanie odbijać piłkę dnia następnego. Jakoś mało tu czasu, na powolne rozkoszowanie się smakami lokalnej kuchni, wizyty na miejscowych bazarach i zwiedzanie tradycyjnych restauracji. Z dwojga złego, może więc jednak lepiej pooglądać wielki tenis w telewizji, a samemu pobiegać rekreacyjnie po korcie, wiedząc, że potem można będzie bez przeszkód oddać się słodkiemu nicnierobieniu i smakowaniu różnych potraw.
Tak jak dzisiaj, kiedy to przy pomocy ciasta z zapiekanymi morelami żegnaliśmy się powoli z tymi owocami. Pożegnanie to było tak czułe i intensywne, że nawet nie wzięliśmy rakiety do ręki. Taki Janowicz czy Radwańska mogą nam tylko pozazdrościć.
Składniki:
Ciasto
125g mąki
1 łyżka cukru
szczypta soli
łyżeczka cynamonu
75 g masła
1 jajko
Ok. 500-700 moreli
Masa
250 g mascarpone
250 ml mleka zagęszczonego niesłodzonego
3 łyżki cukru pudru
2 jajka
Płatki migdałowe
Przygotowanie:
Składniki na ciasto zagnieść w kulkę i schłodzić pół godziny w lodówce. Nagrzać piekarnik do 180C, ciastem wylepić foremkę, podpiec przez około 15 min. W tym czasie wymieszać składniki na masę, pokroić morele na połówki i obsypać je cynamonem. Na spód wylać masę, wyłożyć morele, obsypać płatkami migdałowymi i piec kolejne 20-25 minut, aż masa nabierze stałej konsystencji.