Nie, dzisiaj nie będzie znowu o Putinie i o tym jak uwziął się na nasze jabłka. Putin, w gruncie rzeczy, jest postacią dosyć płaską i nudną, więc nie warto poświęcać mu wiele miejsca. Nasze jabłka, natomiast, dadzą sobie radę – nawet jeśli w ich rozkoszne, rumiane obłości przez czas jakiś nie będą wbijać się zęby naszych wschodnich sąsiadów (ich strata). Dzisiaj będzie o spadach.

REKLAMA
Mamy do spadów stosunek szczególny, rzecz by można sentymentalny. Każdy kto miał w ogrodzie jabłoń, albo jeszcze lepiej kilka, wie o czym mowa. Bo jabłonie mają już to do siebie, że nawet jeśli na nie bardzo uważać, bacznym spojrzeniem kilka razy na dzień omiatając, zawsze niespostrzeżenie pozostaną źródłem spadów. Niby wszystko jest pod kontrolą, niby każdy owoc dokładnie zlustrowany, prawie jak nasi czołowi politycy, a tu nagle bęc i na ziemię leci dojrzałe jabłko, które widać uznało, że ma dosyć swej egzystencji na rozłożystych konarach i postanowiło samo sprawdzić, jak to jest na ziemi. Od razu dumny posiadacz jabłoni wie, że ten, zdawać by się mogło, niewinny eksperyment jabłka z siłą ciążenia rodzi, w gruncie rzeczy, leninowskie pytanie: „szto diełat?” Bo przecież jabłko wyrzucić szkoda, tym bardziej, że dojrzałe i pachnące, a zatem trzeba je jakoś zagospodarować. Kłopot tylko w tym, że spady nie występują pojedynczo, a – jeśli ktoś kilka jabłoni posiada – potrafią przybierać postać istnego gradu meteorów.
Dumny posiadacz kilku niewielkich w końcu drzewek, dzięki spadom, może więc w sezonie do woli rozkoszować się smakiem: szarlotki, naleśników z jabłkami, jabłkowych knedli, jabłkowego strudla, ryżu z jabłkami, śmietaną i cynamonem, jabłek pieczonych, jabłek w cieście puszystym lub francuskim, racuchów z jabłkami, jabłek pod chrupiącą rozkosznie bezą, jabłkowego kisielu …. i czego tam jeszcze wyobraźnia domowego kucharza nie wykreuje. Lista ta rodzi wspomnienia z dzieciństwa, na myśl o których łza się w oku kręci, choć człowiek w młodości bywał czasem niewdzięczny i babcine wyroby ze spadów kwitował czasem stwierdzeniem: „znowu jabłka?”. Gdyby tak można było na chwilę przenieść się w czasie i popróbować znowu choćby jednego babcinego specjału ze spadów.
Dlatego niezwykłą przyjemność sprawiła nam nasza przesympatyczna sąsiadka, która przywiozła spory kosz tegorocznych spadów ze swojej działki na Suwalszczyźnie. Spady były przepiękne – mocno dojrzałe, a miejscami nawet (jak to spady) przejrzałe i oczywiście poobtłukiwane, co w ich przypadku jest czymś w rodzaju znaku jakości. Niewiele myśląc, odgrzebaliśmy z naszej szuflady (tak po prawdzie jest to folder na twardym dysku) przepis na zupę jabłkową, na którą już dawno mieliśmy ochotę. Pochodzi on ze starej książki kucharskiej z Grudziądza pod dźwięcznym tytułem „Nauka gotowania do użytku ludu polskiego” wydanej niedawno ponownie staraniem Towarzystwa Przyjaciół Dolnej Wisły przy wsparciu kulinarnie oświeconych, lokalnych rajców miejskich. Pozwoliliśmy sobie przepisów ów nieco zmodyfikować, dodając trochę ulubionego kardamonu i rezygnując z cukru. Zamiast pracowicie przecierać jabłka, wykorzystaliśmy także nowoczesną zdobycz techniki w postaci blendera. Wreszcie, mleko zwykłe zastąpiliśmy mlekiem migdałowym, zaś jabłka przed ugotowaniem podsmażyliśmy na oleju kokosowym. Mamy jednak nadzieję, że autorzy oryginalnej publikacji by nam to darowali, bo połączenie suwalskich spadów z przepisem wywodzącym się z ziemi chełmińskiej wyszło – pomimo zastosowania tych nowinek – niezwykle smakowicie.
Składniki:
Tuzin jabłek – najlepiej różnych gatunków typowo polskich, w tym kilka cierpkich
2 bardzo dojrzałe gruszki
3 szklanki mleka migdałowego (może być mleko zwykłe)
2 łyżki oleju kokosowego (ewentualnie masło klarowane)
1 łyżeczka kardamonu
1 i ½ łyżeczka cynamonu
Płatki migdałów do przybrania.
logo
Przygotowanie:
Obrać owoce, usunąć gniazda nasienne i pokroić w plastry. Obsmażyć na oleju na kolor złoty, a następnie obgotować w mleku. Zmiksować dokładnie, doprawić przyprawami. Dzięki dodatkowi dojrzałych gruszek, możemy zupy nie dosładzać cukrem, ale jeśli ktoś lubi bardzo słodko, może trochę dodać. Zupę można jeść na gorąco i na zimno, a przed podaniem na talerzu najlepiej posypać ją szczyptą cynamonu i płatkami migdałowymi.