Nie tak dawno znaleźliśmy się w ogniu nomenklaturowego sporu kulinarnego. Dla uspokojenia co wrażliwszych czytelników, spór ten nie miał nic wspólnego z polityką, nie chodziło w nim również o wyrafinowane sposoby dręczenia w kuchni byłej nomenklatury. Chyba zresztą coraz mniej osób o dawną nomenklaturę się spiera, a pewnie jeszcze mniej wie, co to była partyjna nomenklatura i dlaczego kiedyś (dawno, dawno temu) mogła wdzięczny przedmiot rozmów stanowić. Nasz nomenklaturowy spór dotyczył frytaty.

REKLAMA
Spieraliśmy się w gronie osób lubiących dobrze zjeść i nie stroniących od kulinarnych nowinek, które w świecie bywały i z niejednego garnka potrawy jadły. Po pierwsze, spór dotyczył tego, czy włoski przysmak o pięknie brzmiącej nazwie frittata jest już na tyle znany w naszym kraju, że można bez obaw używać jego spolszczonej wersji – czyli bardziej swojskiej „frytaty”. W tej sprawie grono nasze podzieliło się na kulinarno-językowych ortodoksów oraz językowych liberałów. Pierwsi, bronili oryginalnej pisowni i wymowy, jak niepodległości i twierdzili uparcie, że „frytata” jest płaska, nie brzmi i z fryturą im się nieodparcie kojarzy. Drudzy, utrzymywali, że język ciągle zmianom podlega i obce słowa namiętnie spolszcza, przytaczając przy tym długą listę przykładów od dewolaja począwszy, na lazani skończywszy. Drugim przedmiotem sporu było to, kiedy danie można nazwać frytatą lub frittatą. Tu dylematów pojawiło się co niemiara, zaś spór ma potencjał podobny do scholastycznej dyskusji o tym, ile diabłów mieści się na końcu szpilki. Na przykład, kiedy frytata przestaje być frittatą a staje się omletem? Czy frittata jest tym samym, co pozbawiony spodu quiche? I wreszcie, spór natury fundamentalnej, czy frytatę można przyrządzić w żaroodpornym naczyniu, czy musi być bezwzględnie na patelni przygotowana.
Musimy przyznać, że trochę sami nawarzyliśmy sobie piwa. Nie dysponując bowiem patelnią z żaroodporną rączką, poczęstowaliśmy naszych gości frytatą zapieczoną, jak tradycja każe w piekarniku, ale nie na patelni, lecz w naszym żaroodpornym naczynku, w którym na domiar złego czasem pieczemy tarty. Szczęśliwie, burzliwa dyskusja ucichła nieco podczas jedzenia, bo – jak widać – frittata/frytata nie tylko jest szybkim i smacznym daniem, ale znakomicie łagodzi spory. Na wszelki wypadek kupiliśmy dzisiaj patelnię, którą można do piekarnika wkładać. Dylematem pozostaje nie mniej jednak nazwa. Choć sami jesteśmy raczej otwarci na językowe zapożyczenia, pisząc ten tekst zauważyliśmy, że nasz słownik w komputerze namiętnie zmienia nam słowo „frytata” na „cycata”, co może być pewnym problem przy pisaniu tekstów kulinarnych. Skoro więc mamy już żaroodporną patelnię, może dołączymy do językowych ortodoksów i zostaniemy przy oryginalnym nazewnictwie.
Składniki:
4 ziemniaki
10-12 pieczarek
1 ząbek czosnku
1 papryczka chilli
300 g sera typu korycińskiego (najlepiej naturalnego)
Łyżka świeżego, posiekanego rozmarynu
2 łyżki oleju do smażenia
6 jajek
Sól, pieprz do smaku
Przygotowanie:
Na oleju podsmażamy ziemniaki. Kiedy będą już prawie miękkie dodajemy posiekane drobno: czosnek, papryczkę chilli oraz rozmaryn. Podsmażamy jeszcze przez chwilę. W tym samy czasie podsmażamy pokrojone w talarki pieczarki na drugiej patelni. Dodajemy pieczarki do ziemniaków, doprawiamy solą i pieprzem, a następnie delikatnie mieszamy. Jajka rozbijamy dokładnie z odrobiną soli i na koniec dodajemy do nich starty na drobnej tarce ser. Masą jajeczno-serową zalewamy ziemniaki i pieczarki. Patelnię wkładamy do rozgrzanego do 170 stopni piekarnika i zapiekamy przez ok. 15-20 minut aż wierzch się lekko przypiecze.