Między ujściem wijącej się, jak na tamtejszą temperaturę, całkiem rześko rzeki Mira a wydmami, przechodzącymi w strome, rzeźbione falami Atalntyku klify – mieści się niewielkie i pełne uroku, portugalskie miasteczko Vila Nova de Milfontes. Wody Miry mieszają się z wysokimi, oceanicznymi falami, bryza miesza zapach słonej wody z kręcącymi w nosie aromatami dzikich traw, rukwieli, hokenii i solanek oraz mnóstwa innych dzikich ziół i bujnie kwitnących chwastów porastających nadmorskie okolice. Kiedyś, zapewne dawno temu, ktoś dobrze wymyślił budując w tym miejscu osadę, która dała początek Milfontes. To dobre myślenie musi towarzyszyć miejskim rajcom do dzisiaj, skoro właśnie w miejscu, z którego widać rzekę i czuć obłędny zapach wydm, zorganizowali doroczny targ lokalnych smakołyków.

REKLAMA
logo
Rzeka Mira w Vila Nova de Milfontes wpada wyjątkowo malowniczo do oceanu
Nikt nigdy nie musiał namawiać nas do udziału w targach lokalnych wyrobów. Możemy nawet z czystym sumieniem przyznać się, że często trasy naszych podróży skanujemy bacznie pod tym właśnie kątem. Tym razem jednak, rajcy Milfontes wzięli nas z zaskoczenia. Pewien przesympatyczny Portugalczyk, którego pytaliśmy o drogę, używając zasobu wszystkich swoich słów oraz bardzo rozbudowanej mowy ciała (co było chyba jeszcze bardziej komunikatywne), poinformował nas, że droga nad ocean jest nieprzejezdna: „…impassable, no car, feira”. Słowa „feira” dwa razy nie trzeba było nam powtarzać i po chwili już mogliśmy się zanurzyć aromatach wydm mieszających się z zapachami owczych i kozich serów, lokalnych wędlin, słodkości, a także – w końcu samochodem już nie mogliśmy jechać – ciekawie rozbudowanych bukietach trunków z lokalnych winnic.
logo
Odwiedzających targ witała lokalna ludowa muzyka
Trwająca trzy dni „feira” stała się odtąd stałym elementem naszych wieczorów. Wygłodzeni długimi spacerami wzdłuż niekończących się plaż, zmęczeni mocnym już w czerwcu słońcem, chętnie zanurzaliśmy się w stragany z miejscowymi przysmakami. Na początek zawsze odwiedzaliśmy stoisko Raul Maria Diasa, który częstował nas chętnie kawałkiem swojego flagowego owczego sera – tym chętniej im więcej kupiliśmy jego przysmaków dnia poprzedniego. Po serowej uczcie przychodził czas na smakowanie lokalnego wina. Z licznych stoisk winiarskich szczególnie upodobaliśmy sobie bliskie spotkania z Jacintą Sobral, właścicielką malutkiej winnicy Grandola, która kusiła nas swoim wyjątkowo wytrawnym winem różowym, dojrzewającym w dębowych beczkach białym Edicao Especial, o wyjątkowo intensywnym kwiatowym aromacie i lekko miodowym posmaku, aby na pożegnanie namówić nas jeszcze na spróbowanie istnego admirała w swej winiarskiej flocie – czerwonego Cepas Cinquentenarias, ze starszej części winnicy, kuszącym mocnym zapachem czarnych porzeczek. Według Jacinty, jakość jej win wynika nie tylko z ręcznego zbierania winorośli, ale także z oceanicznej bryzy, która delikatnie orzeźwia co rano dojrzewające winne grona. Po trzecim kieliszku Cinquentenarias delikatny posmak tej bryzy zaczęliśmy już nawet wyczuwać. Po winnej uczcie czasem odwiedzaliśmy również stoisko tłoczni oliwy z okolic pobliskiej Odemiry, przedstawiciele której częstowali nas swoją Vale da Casca, oliwą delikatną, prawie kremową, która po chwili przechodzi w nieco mocniejszy i lekko słonawy smak.
logo
Warto było przystanąć przy stoisku winnicy Grandola
Po krótkiej przerwie i długim spacerze po plaży, napełnieni nową energią i chęcią do kolejnych degustacji, szczodrze przeznaczaliśmy czas na zwiedzanie stoisk z miejscowymi ciastami i ciastkami. Do gustu przypadły nam szczególnie kruche rurki nadziewane owocową konfiturą z cukierni A Parreirinha, choć inny lokalni cukiernicy całkiem skutecznie i bardzo przyjacielsko namawiali nas do próbowania również innych tradycyjnych wyrobów. Bardzo ciekawie smakowała także lokalna konfitura z cukinii, choć pewnie sami dodalibyśmy do niej jakąś delikatnie ostrzejszą nutę. Na wyjątkowo zaprawionych w bojach turystów-smakoszy, po licznych słodkościach czekała pani z Licores Casa 7, która z przemiłym uśmiechem (któż by się mu oparł!) częstowała swoimi grzechu wartymi nalewkami, z których ta czekoladowa z papryką chilli miała w sobie chyba najbardziej kuszącą moc.
logo
Rurki z konfiturą wyglądały zachęcająco
logo
Smakowały równie zachęcająco...
logo
Właściciele stoisk cukierniczych zachęcali nas bardzo przyjacielsko do degustacji
Po takich serowo-winnych i słodyczowo-nalewkowych spotkaniach chwaliliśmy sobie chłodny, ożywczy wiatr, który w czerwcu, wieczorem wieje znad Atlantyku. Z takim wiatrem, przesyconym zapachem wydm i morskiej bryzy, w plecach o wiele łatwiej było wracać dziarskim krokiem do naszej kwatery.
logo
Na koniec dnia można było popróbować lokalnych nalewek
logo
Bryza znad kwitnących w czerwcu wydm pozwalała wracać dziarsko do domu
logo
Choć czasem robiliśmy sobie przerwę i oglądaliśmy co urodziwsze kwiaty.