
Doświadczanie obcych krajów poprzez ich kuchnię jest nie tylko w oczywisty sposób przyjemne, lecz także pouczające. W kombinacji smaków i zapachów, w wyborze składników, przypraw i rodzajów dań kryje się o wiele więcej niż tylko przyzwyczajenia smakowe i mody. Niekiedy jest to historia danego kraju czy regionu, wrażliwość i charakter jego mieszkańców, czy ich wyobrażenia o tym, na czym polega dobre życie. Czy nabożny prawie stosunek Francuzów do jedzenia, celebrowanie wyrafinowanych dań nie mówi nam czegoś o nich samych? A rozkrzyczana smakiem i kolorem kuchnia włoska – czy bez niej można wyobrazić sobie ulice Rzymu lub Florencji? Podobnie jest z jedzeniem w Pekinie. Próbując kulinarnej oferty tego miasta, patrząc na to, kto, co, gdzie i jak jada, można zacząć powoli budować sobie obraz miejsca, w jakim się znaleźliśmy – nawet jeśli jest to obraz jedynie od kuchni.
Specjały te można jeść na stojąco zaraz przy stoiskach, lub wybrać się kilkaset metrów dalej, gdzie na ulicy rozstawione są pojedyncze stoliki, dla tych którzy przed zdobyciem nowych szczytów smakowych doznań chcą przez chwilę usiąść i zastanowić się raz jeszcze nad słusznością dokonywanego wyboru. W obu zresztą miejscach towarzyszyć nam będzie bezczelnie wdzierając się do nosa, nieuporządkowana mieszanina zapachów. Chropawa woń palonego węgla drzewnego będzie mieszać się ze skapującym na niego sosem sojowym, korzenny aromat kminu rzymskiego wyostrzał będzie tylko palący zapach czosnku i ostrej papryki, słodkawo-mączny aromat prażonych kasztanów kleił się będzie do nosa, konkurując z lekko mdłą wonią świeżych krabów, krewetek i innych, nie zawsze znanych z nazwy, owoców morza. W takiej jadłodajni nie każdy nos będzie czuł się komfortowo, ale każdy na pewno pobyt tu zapamięta na długo.
