Pośród wielu naszych narodowych traum, będącym rezultatem klęsk pięknych, acz niekoniecznie potrzebnych, lub porażek niezawinionych, bo historia nas nie polubiła, jedną z poczesnych traum kulinarnych jest brukiew. Dziadek, rzeźnik z zawodu i miłośnik dobrego jedzenia z powołania, w każde święta, przy mniej lub bardziej suto zastawionym stole, raczył wszystkich opowieściami o wojennym menu, w którym brukiew zajmowała poczesne miejsce obok zupy z pokrzyw lub dzikiego szczawiu. My – w końcu nie jesteśmy gorsi i swoje traumy też pielęgnujemy – czasem opowiadamy młodzieży o pewnej sylwestrowej nocy w stanie wojennym, kiedy to odcięci od świata w zasypanej śniegiem suwalskiej wiosce samogon zagryzaliśmy plackami ziemniaczanymi i smażoną brukwią. Brukwiana trauma, przynajmniej w naszym przypadku, nie jest taka znowu najgorsza, bo wieczór był jedyny w swoim rodzaju, a zabawa przednia. Współcześnie, kiedy dzięki niesamowitej koniunkturze międzynarodowej lub – jak kto woli – łasce Opatrzności od blisko ćwierć wieku nie doświadczamy narodowych klęsk, brukwiowa trauma powoli się zaciera, a samo warzywo wraca powoli na nasze stoły. I wraca słusznie, bo brukiew to warzywo zdrowe i smaczne.

REKLAMA
My brukiew jadamy może nie za często, ale z przyjemnością. Oczywiście, nie jest to brukiew pastewna, ale jej szlachetna odmiana, swój ostro-piekący smak ma jednak jak najbardziej. Ten charakterystyczny smak jest zresztą zaletą brukwi, bo dodana do surówki potrafi ją doskonale przyostrzyć, zaś uduszona lub usmażona z innymi warzywami nadaje im trudnego do podrobienia aromatu, będącego połączeniem chrzanu i mokrej ziemi. Brukiew to warzywo janusowe. Po ugotowaniu lub upieczeniu objawia swoje drugie oblicze. Ostry charakterystyczny smak łagodnieje, a dominująca staje się prawie cukrowa słodycz. Ta nuta właśnie doskonale pasuje do wegeteriańskiego pasztetu z brukwi, którym raczyliśmy się dzisiaj na obiad.
Pasztety warzywne goszczą zresztą na naszym stole całkiem często. Jak czytelnicy naszego bloga zapewne zauważyli, chętnie raczymy się pasztetem z soczewicy z grzybami lub z oliwkami i kaparami. Na jeden z wiosennych weekendów upiekliśmy sobie także pasztet z selera, który wyjątkowo dobrze smakował nam z odrobiną bardzo wytrawnej, domowej żurawiny. Nasz dzisiejszy pasztet z brukwi, z czerwoną papryką i czarnymi oliwkami, znalazł się zatem w dobrym towarzystwie. Z uwagi na jego delikatność, nie stosowaliśmy tym razem żadnych dodatków w postaci chrzanu lub żurawiny – sam słodkawo-ostry smak brukwi w zupełności nam wystarcza.
Składniki:
(na standardową rynienkę)
5-6 średnich bulw czarnej brukwi
1,5 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
1 duża cebula
½ szklanki oleju roślinnego
3 jajka
3 łyżki mąki ryżowej
2 ząbki czosnku
1 czerwona papryka
1 słoiczek czarnych drylowanych oliwek
2 łyżki posiekanego świeżego rozmarynu
Sól, czarny pieprz do smaku
Przygotowanie:
Brukiew myjemy i gotujemy w osolonej wodzie, aż będzie miękka. Następnie przestudzamy ją, obieramy ze skórki i rozdrabniamy blenderem. Cebulę kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na rozgrzanym oleju. Kiedy cebula zacznie nabierać złotego koloru, dodajemy do niej również posiekaną z drobną kostkę paprykę i smażymy jeszcze przez ok. 7-10 minut. Zdejmujemy patelnię z ognia i dodajemy posiekany rozmaryn oraz drobno posiekane oliwki i ostawiamy na 10 minut. Następnie dokładnie mieszamy rozdrobnioną brukiew, kaszę jaglaną, cebulę z papryką, rozmarynem i oliwkami. Doprawiamy do smaku solą i czarnym pieprzem. Dodajemy mąkę oraz jajka i jeszcze raz bardzo dokładnie mieszamy. Tak powstałą masę wykładamy do rynienki posmarowanej tłuszczem i oprószonej mąką. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 160 stopni przez ok. godzinę, aż wierzch pasztetu delikatnie się zarumieni.
A dla chętnych zamieszczamy link do przepisu na pasztet z selera - Tekst linka