
Pośród wielu naszych narodowych traum, będącym rezultatem klęsk pięknych, acz niekoniecznie potrzebnych, lub porażek niezawinionych, bo historia nas nie polubiła, jedną z poczesnych traum kulinarnych jest brukiew. Dziadek, rzeźnik z zawodu i miłośnik dobrego jedzenia z powołania, w każde święta, przy mniej lub bardziej suto zastawionym stole, raczył wszystkich opowieściami o wojennym menu, w którym brukiew zajmowała poczesne miejsce obok zupy z pokrzyw lub dzikiego szczawiu. My – w końcu nie jesteśmy gorsi i swoje traumy też pielęgnujemy – czasem opowiadamy młodzieży o pewnej sylwestrowej nocy w stanie wojennym, kiedy to odcięci od świata w zasypanej śniegiem suwalskiej wiosce samogon zagryzaliśmy plackami ziemniaczanymi i smażoną brukwią. Brukwiana trauma, przynajmniej w naszym przypadku, nie jest taka znowu najgorsza, bo wieczór był jedyny w swoim rodzaju, a zabawa przednia. Współcześnie, kiedy dzięki niesamowitej koniunkturze międzynarodowej lub – jak kto woli – łasce Opatrzności od blisko ćwierć wieku nie doświadczamy narodowych klęsk, brukwiowa trauma powoli się zaciera, a samo warzywo wraca powoli na nasze stoły. I wraca słusznie, bo brukiew to warzywo zdrowe i smaczne.
5-6 średnich bulw czarnej brukwi
1,5 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
1 duża cebula
½ szklanki oleju roślinnego
3 jajka
3 łyżki mąki ryżowej
2 ząbki czosnku
1 czerwona papryka
1 słoiczek czarnych drylowanych oliwek
2 łyżki posiekanego świeżego rozmarynu
Sól, czarny pieprz do smaku
