Każdy, kto ma ochotę poczuć się jak Krzysztof Hołowczyc, powinien wybrać się do jakiegoś dużego supermarketu. Pośród piętrzących się promocyjnych wystawek i kłębiących się między nimi ludźmi z pełnymi wózkami trzeba lawirować prawie, jak między wydmami rajdu Dakar. Swoją drogą trochę to niezręczne, że kupując dwa czekoladowe mikołaje dostaje się aniołka (też z czekolady) gratis. Nie oczekujemy, że pracownicy marketingu firm cukierniczych w wolnych chwilach czytać będą traktat Pseudo Dionizego Areopagity „O hierarchii niebieskiej”, aby podejmować decyzje o swoich promocjach. Ale na zdrowy rozum aniołek, jako byt duchowy i nieśmiertelny, powinien mieć większą marketingową wartość niż mikołaj, który w najlepszym razie nawiązuje do pewnego biskupa, a w rzeczywistości kultury masowej jest zaledwie pociesznym, zarośniętym grubasem z reklamy pewnego gazowanego napoju.

REKLAMA
Wizyta w supermarkecie stanowić może także źródło zaskakujących refleksji nad prawdziwą istotą Świąt. Można jeszcze zaakceptować, że prawdziwe Święta kojarzą się ze zwiększoną konsumpcją słodyczy (choć pisma objawione o tym milczą), bo mamy do czynienia ze świętem radosnym, a człowiek współczesny radość objawia pożerając dwie paczki pralinek w cenie jednej. Od biedy można także uznać, że europalety kosmetyków porozstawiane w przejściach są dyskretnym nawiązaniem do słynnej mirry, która była cennym balsamem i pachnidłem, a która – jak głosi Pismo – była jednym z darów złożonych nowonarodzonemu. Jak jednak wytłumaczyć, że warunkiem koniecznym udanych świąt jest unoszący się powietrzu aromat kawy, czy płynu do płukania tkanin o zapachu lawendy? No chyba, że uznamy kawę za substancję pobudzającą nie tylko krążenie krwi, ale i żar rodzinnej miłości, zaś lawenda, jako roślina, kojarzyć się będzie z siankiem, a stąd już tylko krok do wiadomej stajenki.
Chyba jednak lepiej oszczędzić sobie tych wszystkich fundamentalnych pytań i uciec od świątecznej atmosfery supermarketów w domowe zacisze. Tak właśnie zrobiliśmy i – aby skompensować sobie brak pralin oraz aromatu kawy i lawendy – zrobiliśmy sobie szybko domową galaretkę z wiśniami. W końcu wiśnie rosną na drzewie, drzewa kojarzy się z lasem, a jak las, to i znajdzie się choinka.
Składniki:
Galaretka:
½ kg drylowanych wiśni (mogą być mrożone)
300 ml syropu z wiśni
Szczypta cynamonu
Szczypta kardamonu
Cukier trzcinowy do smaku
Agar lub żelatyna
Krem:
200 ml serka mascarpone
2 łyżki tłustej kwaśnej śmietany
Odrobina startej, gorzkiej czekolady
1 łyżka koniaku
Cukier puder do smaku
Przygotowanie:
Wiśnie przez ok. 15 minut dusimy z cukrem i przyprawami korzennymi (jeśli używamy wiśni mrożonych, należy je najpierw rozmrozić). Syrop mieszamy z agarem (ok. 1 łyżeczki) i doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy wiśnie wraz z sosem, jaki puściły i dokładnie mieszamy. Gęstniejącą galaretkę wlewamy do formy. Wielkość formy nie ma znaczenia, ale lepiej gdy jest w miarę szeroka i płaska, bo łatwiej będzie potem kroić galaretkę. Wystudzamy i wstawiamy do lodówki do zastygnięcia. Kiedy galaretka się zetnie, kroimy ja w kostkę i wykładamy do deserowych pucharków. Zdobimy ją kremem powstałym z wymieszanego serka mascarpone, śmietany, cukru pudru i koniaku. Całość posypujemy startą gorzką czekoladą.