Niekoniecznie stereotypowy student politechniki, ale babcia, która tworzy na Chomiku ogromne kolekcje – bo przypomina jej to młodzieńcze zbieranie znaczków – bardziej zasila internetowy obieg kultury. Bądźmy jak ona. Na przekór społecznym przyzwyczajeniom róbmy to, w co wierzymy.

REKLAMA
Ania zawodowo tłumaczy – głównie raporty dotyczące polityki rolnej i wykorzystania funduszy europejskich. Nudna praca, jak sama mówi. Napisy do filmu po raz pierwszy zrobiła dziesięć lat temu dla męża, żeby mogli obejrzeć wspólnie film, który on przyniósł do domu na płycie: – Potraktowałam to jak przygotowanie do domowego seansu, to tak jakbym parzyła dla niego herbatę przed filmem, tylko że to „parzenie” zajęło mi dwa tygodnie.
Potem mąż wrzucił napisy do sieci. – To było fajne uczucie, że poszło dalej i ktoś może z tego jeszcze skorzystać. Jak parę tygodni później mąż przeczytał mi pozytywne komentarze, które ludzie przysyłali na jego maila, to pokraśniałam z radości.
Teraz Ania tłumaczy ścieżki dialogowe regularnie. Podkreśla, że to jej własny wkład w filmy, które lubi. Nie jest piratem ani anarchistką. Tłumaczy, bo chce. Oczywiście nieodpłatnie.
Odezwali się do niej badacze z Centrum Cyfrowego Projektu: Polska.
Mirosław Filiciak, Michał Danielewicz, Anna Buchner i Katarzyna Zaniewska, autorzy raportu „Tajni kulturalni”, postanowili sprawdzić, kim są – i co motywuje – osoby, które nie tylko ściągają, ale i bezpłatnie udostępniają pliki, do których nie mają praw. To tłumacze i twórcy napisów do filmów i seriali, twórcy multimedialnych archiwów i kuratorzy (rekomendują treści innym albo selekcjonują je) oraz administratorzy prywatnych serwerów gier sieciowych. Badacze nazwali ich redystrybutoromi treści. Na forach czy w serwisach Chomikuj i YouTube znaleźli dwanaście osób, które zgodziły się wziąć udział w ankiecie.
– Jak czytam książkę to wiem, że ją od razu później zeskanuję i wrzucę. Przerobiłem tak już chyba z 200 książek i to nie byle co, bo na przykład „Czerwone i czarne” Stendhala – mówi badany Stanisław. To wymaga pracy: skanowania, przepuszczenia przez OCR (program do rozpoznawania tekstu), korekty i adiustacji tekstu.
Głównie jednak Stanisław kolekcjonuje filmy. – To jest chęć dzielenia, ale to jest też kreowanie jakiegoś świata, na przykład świata filmów. Niekoniecznie trzeba oglądać te gnioty amerykańskie. Mam jakąś frajdę z tego, że ktoś obejrzy film, który mu zarekomendowałem i jemu się podobał – tłumaczy. Właśnie odzew innych, pochwała i społeczne zapotrzebowanie sprawiają, że redystrybutorzy poświęcają wolny czas na to, by poza prawem albo w prawnej szarej strefie udostępniać innym kulturalne treści. Tak samo czuła Ania.
„Nieformalny sieciowy obieg jest napędzany przez pasjonatów, którzy odkryli, że sieciowe uspołecznienie własnych zamiłowań podnosi znacznie poziom satysfakcji czerpanej z pasji, a niekiedy wręcz ją warunkuje” – piszą autorzy badania. „Tajni kulturalni” uczestniczą w życiu społecznym, zyskują uznanie u odbiorców, którzy wobec nich potrafią nawet zgłaszać roszczenia – kiedy na przykład brakuje napisów do nowego filmu. Z ich pracy korzystają dziesiątki tysięcy osób.
Zdaniem badaczy pełnią oni rolę para-instytucji kulturalnych. Udostępnianie kultury przez „tajnych kulturalnych” obniża bariery: samego dostępu (np. do niszowych filmów), finansowe (przez darmowe dzielenie się), kompetencyjne (tłumaczenie filmów), horyzontu poznawczego (kuratorstwo) czy biurokratyczne (bliski kontakt z odbiorcami). Choć sami "tajni" nie myślą o tym, co robią, w kategoriach wpływu na kulturę.
Większość z uczestników badania narusza ustawę o prawie autorskim, z reguły też ma świadomość ponoszonego ryzyka. Niektórzy mają na koncie doświadczenia interwencji prawnych w ich działalność. Do jednej z ankietowanych dzień przed rozmową przyszła policja i zarekwirowała komputer. Członkowie rodziny nie mogli uwierzyć w ankietę, myśleli, że to przesłuchanie.
Nie uważają się za piratów. Mówią o sobie: „Pirat to ja, tylko taki pirat przez małe p, czyli pirat dla idei. Prawdziwy pirat to nie złodziej, to hobbysta”. Nie wartościują jednoznacznie zjawisk, które są ich udziałem. Bo normy moralne w tej sferze się dopiero wykuwają. A normy prawne są w tyle – nie radzą sobie z działalnością redystrybutorów. Prawo powinno chronić własność intelektualną twórców, ale jednocześnie nie może hamować zmian społecznych napędzanych przez rozwój technologiczny. Na razie zdarzają się naloty policji o szóstej rano, rekwirowanie komputerów, zatrzymania. Bywa że "tajni" się boją.
Ciekawy jest przypadek Katarzyny, matki siedmiorga dzieci i babci trojga wnucząt. Przed poważną operacją postanowiła zebrać coś dzieciom. Najpierw – jak czytamy w raporcie z badania – zgromadziła modlitwy, rekolekcje i książki o tematyce chrześcijańskiej (z myślą o trójce dzieci, które deklarowały chęć poświęcenia życia służbie Bogu), z czasem doszły materiały pedagogiczne (jedna z córek studiuje pedagogikę), powieści, poezja i spektakle teatralne. Miała dylemat, czy postępuje moralnie. W końcu zaczęła traktować zamieszczanie chrześcijańskich plików na Chomiku jako formę ewangelizacji. I odtąd czuła już mniejszy dyskomfort.
Przy okazji pada stereotyp. Niekoniecznie student politechniki, ale babcia, która tworzy na Chomiku ogromne kolekcje – bo przypomina jej to młodzieńcze zbieranie znaczków – bardziej zasila internetowy obieg kultury. Bądźmy jak ona. Na przekór społecznym przyzwyczajeniom, choć niekoniecznie wbrew prawu róbmy to, w co wierzymy.
Ja sam wierzę, że po falach kryzysu, kiedy prasę dopada pesymizm, a czytelnicy otrzymują treści albo drogie, albo słabej jakości – potrzeba lekkiego, taniego w utrzymaniu, otwartego pisma, wartościowego dla czytelnika i nowoczesnego, elektronicznego. Z tego przekonania zrodził się magazyn „W PUNKT”, opisany w serwisie Wspieramkulture.pl. Będzie to nowa redakcja na przekór wszystkiemu.